Nie umiem powiedzieć czemu obejrzałam ten film dopiero wczoraj… Żałuję, że nie zrobiłam tego wcześniej. Nie jest wybitny, nie jest arcydziełem, w całości, jednak daleko mu do nudnego i oklepanego thrilleru. Jest pozycją wartą obejrzenia.


 

Jak dobrze wiecie, mało który film dostaje u mnie osobny wpis, można je policzyć na palcach jednej ręki… No może dwóch, ale nie jestem pewna, a nie chce mi się wyklikiwać, żeby sprawdzić, w każdy razie – mało. A „Gość” jednak zasługuje na swoje własne pięć minut.

Streszczenie fabuły znajdziecie w setkach miejsc w czeluściach internetu, od suchych opisów po recenzje znawców kina. Ja Wam powiem tylko, dlaczego o nim piszę?

Pierwsza miła rzecz to przepiękny XJ! Piaskowy kolor, jasna tapicerka i stan igła, jak na auto, które zeszło z linii produkcyjnej ponad dwie dekady temu.

i777050

Punkt numer dwa to świetny soundtrack. I nie przesadzam, jest genialny. Elektroniczny, ciągnący do lat ’80, dla mnie bomba! Muzyka w film wkomponowana była też świetnie.

http://www.deezer.com/playlist/1459339405

Po trzecie, końcowa scena.

Majstersztyk dla mnie w każdym calu, jeśli byłyby Oscary za pojedyncze sceny, to właśnie tę chciałabym nominować, z czystym sercem.

Postać Davida wykreowana jest genialnie, potrafi być przystojnym słodziakiem, a w następnej sekundzie psycholem, od którego trzeba uciekać jak najdalej się da. Nigdy nie wiadomo czy żartuje, czy mówi serio. Hipnotyzuje swoimi błękitnymi oczami w genialny sposób.

Muzyka w tej scenie jest klimatyczna, tekst pasuje do sytuacji, kolorowe światła dodają kilka punktów do bajkowości całej sceny, która trzyma w napięciu, chociaż na mnie działa w jakiś sposób podniecająco (!). To mruganie, na samym początku jak zaczyna się ta piosenka…

No i oczywiście ta scena z prześcieradłem!

Jeśli tekst Ci się spodobał,
kliknij serduszko poniżej.

3

Komentarze (2)