Mam taki dziwny fetysz, że lubię dobre książki. To nie musi być górnolotna literatura z kultowymi cytatami i epitetami, które wprawią w osłupienie Szymborską. Dobre to dla mnie ciekawe, takie, że nie mam ochoty odkładać telefonu czy książki, a wieczorem czytam nawet z piachem pod powiekami, byle dotrzeć jak najdalej.

Domofon się to nazywa i popełnił ją Miłoszewski, ten co jeszcze chwilę temu miał trylogię, do której fapowała cała Polska, a ja nadal nawet filmu nie widziałam. Enyłej, ten Domofon, jest cudny. To taki horror, jakiego mi brakowało od długiego czasu, taki, jakich niestety jest za mało, w ogóle.

No chyba, że znacie jakieś dobre książki horrory?

P.S. w końcu po roku czy dwóch przyznałam sama ze sobą, że zapuszczanie włosów to idiotyzm, bo wcale mi tak nie jest ładnie. Tyle miesięcy wyglądania jak kupa! Naprawiłam to wreszcie, znikło jakiś piętnaście centymetrów i obyło się bez fryzjera, tylko z nożyczkami i maszynką. Amen.

Jeśli tekst Ci się spodobał,
kliknij serduszko poniżej.

6

Komentarze (0)