Z moim laptopem ostatnio nie najlepiej. Wczoraj umarło mu się trochę, pewnie za karę, że chciałam zainstalować Origina, czyli wiecie, #PCMasterRace. A tak serio, to od dawna z nim źle.

Niemniej.

Podchodzę do laptopa, a on wyłączony. Zdarza się. Może się uspał? Może nie było mnie aż tyle? Ok. klikam na przycisk, buczy. Logo Asusa w centralnej części ekranu, niżej kropeczki ładowania. Czarny ekran, kropeczki kręcą się dalej. I nagle greenscreen. To znaczy, no bluescreen, ale w Windows Insider ma zielone tło. Zrzut błędu, restart. I tak w kółko. Po trzecim razie wyświetla się panel z naprawą systemu, ale nic nie daje rady. Czasem coś niby się kręci, coś może by z tego i było, ale potem znów wyskakuje zielone tło i mam wrażenie, że z każdym kolejnym razem jest gorzej.

Miał moment, że się włączył. Zobaczyłam tapetę, przekopiowałam ważne pliki z dysku C: na partycję Y:, kilka minut później znów zielony ekran.

Walczyłam cały wieczór. Gdzieś w międzyczasie jeszcze wysypała się grafika. Ogólnie – wesoło. Piękna niedziela, o taką walczyłam.

Rano pendrive z Windowsem 10. Pół godziny instalacji. Dysk C: sformatowany. Przywrócenie stuprocentowej zdolności do pracy zajęło mi może kolejną godzinę? Chrome, WinSCP, Sublime Text 3. Pliki konfiguracyjne wgrane na Google Drive, hasła zsynchronizowane w przeglądarce.

Gratuluję sobie zrobienia drugiej partycji, gdzie trzymam pracę (wszystko i tak zsynchronizowane do Google Drive) i wracam do pracy, myśląc o tym, że kiedyś „Format C:” to było wielkie wydarzenie i jednocześnie tragedia. A teraz tylko dłuższa przerwa na kawę.


Uwielbiam wpisy o niczym. Przykro mi.

Jeśli tekst Ci się spodobał,
kliknij serduszko poniżej.

0

Komentarze (1)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

andziorka napisał(a):

Wow, nie wiedziałam że są greensceeny :o