Od Blue Monday minęło już kilka poniedziałków. Za dwa dni kolejny, pierwszy w lutym. I wiecie co? Odpukując w niemalowane mówię: ten rok się dobrze zaczął.

Na horyzoncie pracy tyle, że ledwie znajduję czas na pisanie. Pamiętnika, miejsca moich wszystkich wewnętrznych dram, nie otwierałam chyba od listopada. Za oknem zaczyna świecić słońce, bo Irlandia wreszcie ruszyła trochę te swoje chmury. Na ręce znów Fitbit, waga poniżej punktu, z którym witałam nowy rok. Dużo projektów pobocznych, poza moją frontendową pracą, i ogólnie, jest po prostu dobrze.

Blog mi się nadal podoba, ale to może dlatego, że rzadko tu ostatnio bywam.

Jest 16. Obiad w piekarniku, pracy sporo za mną. Mogę się zaraz zatopić w kołderce, z padem w ręce. W planach Black Spot (Zone Blanche) i Altered Carbon. Oby były dobre. Może też skończę wreszcie Hannibala?

 

Jeśli tekst Ci się spodobał,
kliknij serduszko poniżej.

7

Komentarze (3)