Mija kolejna doba bez normalnego internetu. 10 GB z telefonu na kartę przy typowym użytkowaniu znika momentalnie. Ja zapomniałam co to Netflix, dzieci już ledwie pamiętają swoje ukochane bajki z YouTube’a. Konsole dalej w Polsce. Twittera sprawdzamy tylko na telefonie, a na redakcyjnego Slacka zaglądam raz dziennie, jeśli nie rzadziej. Dziwnie tak, ale już bliżej niż dalej, bo na telefonie mam SMS, że internet założą nam w ciągu trzech dni. Uff. Póki co, musi wystarczyć do pracy i tekstów, kilku rozmów na Skype czy Messengerze, kilku zdjęć wrzuconych na Instagrama. Priorytety, prawda?

Do najbliższego pubu mamy pięćset metrów, do sklepu sześć kilometrów, ale możemy wybrać dowolny z kierunków, poza tym wprost do oceanu. W szopie stoją rowery, których możemy używać. Wszystkie znaki z nieba i ziemi mówią, że wreszcie schudniemy. Skończą się wyjścia po zmroku po chipsy czy słodycze! A nawet jeśli najdzie nas poważna ochota, to kilkanaście kilometrów na rowerze spali przynajmniej część pochłoniętych kalorii.

A tak na poważnie.

Ubrania wypakowane do szaf, kwiatek w oknie, parapet w pokoju dzieci mieści koc, dwie poduszki i dziecko bawiące się plastikowymi dinozaurami, w salonie leżą dwa czytniki, pamiętnik, w którym nadal nie zapisałam ani słowa, a z dnia na dzień coraz mniej pluję sobie w brodę, że nie spakowałam bluz, tylko krótki rękaw i kurtki. Obiad na podwórku jedliśmy dwa razy i dla dzieci to naprawdę wielka frajda. Powoli czuję się jak w domu, przez duże D.

Z pogodą nie jest tak źle, jest zmienna, często pada, ale przez większość dnia zazwyczaj świeci słońce, a niebo jest bezchmurne. Możliwe, że trafiliśmy akurat na dobry okres, ale nawet w te gorsze dni nie mam ochoty narzekać – nie muszę codziennie wychodzić.

Przyzwyczajam się powoli do rzeczy, które są trochę inne niż w Polsce. Do tego, że w domu jest pralka i suszarka, które stoją w kuchni, gdzie faktycznie są osobne krany dla ciepłej i zimnej wody, do gniazdek z wyłącznikami i tego, że domy mają nazwy, a ulice numery, chociaż i tak nie ujmuje się ich w adresach w takich wioskach jak nasza.

Jedzenie

Polski chleb można kupić w Tesco, razem z Kubusiem i paluszkami z Lajkonika, ale od zawsze byłam fanką chleba tostowego. A bajgle skradły moje serce! Mleko w 2-, 3-litrowych butelkach, ryż czy mąka w 2-kilogramowych opakowaniach, mały wybór przypraw i wielka ściana dań przygotowanych w połowie. A ziemniaki można tu kupić w niezliczonej liczbie postaci, gdzie póki co najbardziej fascynują mnie ziemniaczane gofry.

W telewizji program kulinarny, w którym gość rozwodzi się nad przygotowaniem panierki! Mąka, jajko, bułka tarta. Dla nas to podstawa niedzielnego obiadu, dla nich coś egzotycznego, bo w większości przypadków kupuje się gotowce, czyli opanierowane kotlety, gotowe do smażenia bądź podgrzania w piekarniku.

Słodyczy jest masa i nie wiem, czy kiedyś wszystko nadrobię, tym bardziej, że w Kilrush jest taki klasyczny sklep ze starszą panią za ladą, gdzie w specjalnych przeszklonych tubach są przeróżne rodzaje i smaki draży, gum do żucia i sama jeszcze nie wiem czego. Logo Willy Wonki nie będzie mnie długo przekonywać do zerknięcia tam.

Jest Pepsi i Coca-cola, ale najpopularniejszym napojem jest chyba Club, coś jak Mirinda czy Fanta, ale z kawałkami owoców. Jest pyszne! A od pomarańczowego gazowanego uciekałam zawsze na bezpieczną odległość, wybierając wodę z kranu, więc jest naprawdę wyjątkowe.

Moim faworytem i tak są wielopaki chipsów, gdzie za jakąś całkiem niską cenę można kupić kilkanaście małych paczek w różnych zestawieniach smakowych. Krewetkowe nadal przed nami, ale zdążyliśmy położyć już ręce i zęby na Doritos!

Warzywa i owoce są generalnie tańsze niż mięso, którego ceny po przeliczeniu na złotówki po prostu bolą. Trzeba się tego oduczyć, chociaż przy większości produktów nie ma aż tak wielkich różnic. 800g chleba tostowego można kupić już za 70-80 centów, podobnie kosztuje makaron, za 3 litrowe mleko trzeba zapłacić 2,19 euro, 2-litrowa Pepsi w promocji 1,50. Nie jest źle.

Transport

Ha! Generalnie to jest tragedia i nie żartuję. Nie ma czegoś takiego jak autobusy, bo wszyscy mają samochody. Błędne koło generalnie. Bus, który może mnie zabrać spod domu wymaga członkostwa za 10 euro rocznie, co jest całkiem w porządku, a alternatyw i tak nie ma. Za przejechanie 12 kilometrów płacę 2 euro, a podróż muszę zarezerwować dzień wcześniej. Jeden kurs rano, powrotny po południu – cały dzień z głowy, ale jeśli zabiorę laptop ze sobą, to mam 3-4 godziny w kawiarni z WiFi i czas na zrobienie zakupów na kilka najbliższych dni. Można się przyzwyczaić. Gorzej, jeśli przegapisz takiego busa.

Ludzie

Ogólnie są świetni, bardzo pomocni i zżyci ze sobą. Kiedyś pewnie wsiąkniemy w społeczność, bo zdążyliśmy już porzucić plany o przeniesieniu się w inne rejony Irlandii. Przez ludzi, chociaż tydzień to jeszcze trochę za mało, jednak jesteśmy dobrej nadziei.

Nikt się tu niczym nie przejmuje, w szczególności nie tym jak wygląda. Prezenterki w telewizji pokazują się w kaloszach i tak samo nasi sąsiedzi. Bo to wieś! Wygoda przede wszystkim.


Jestem póki co bardzo zadowolona, Irlandia jest piękna, wdzięcznie wychodzi na zdjęciach, a ocean potrafi wyglądać niepozornie, chociaż gdy przyjdzie wiatr, to wieje od niego grozą. Nie żałuję, jeśli się zastanawialiście. Będzie dobrze, bo przecież musi być. Widoczki piękne, jedzenie pyszne (ale jeszcze nie znalazłam takiego gravy, jak pamiętam), temperatury też w sam raz.

Korzystam aktualnie z tego, że mam Kindle, mocno zakurzone. Skończyłam dwie książki w ciągu ostatnich kilku dni, od kontynuacji Dziecka Rosemary ciężko mnie ostatnio oderwać, jeszcze ze dwa dni i dotrę do ostatniej strony. Do telewizji po angielsku się przyzwyczajamy, nie jest najgorzej, a największy problem to to, że dzieci bez swoich zabawek się nudzą jak mopsy. Na szczęście synek sąsiada jest w wieku Amona, więc jak się trochę oswoją, to pewnie będą razem szaleć.

Obiecuję, że jak wróci internet, to będę się częściej odzywać, póki co, jeśli za mną tęsknicie, to najlepiej klikać na Twittera.

Jeśli tekst Ci się spodobał,
kliknij serduszko poniżej.

10

Komentarze (19)