Nowy tydzień, nowy miesiąc. Człowiek idzie do komputera zrobić coś na szybko, a tu zonk. Czyli trochę słów o tym, jak to dobrze, że jestem geekiem i „ogarniam”.

W programie Windows Insider jest od około roku i to pierwszy raz, kiedy coś poważnego się faktycznie stało. A co mianowicie?

Zaczęło się dość niewinnie. Wczoraj wieczorem siedząc sobie ładnie w przeglądarce, nie mogłam otwierać nowych kart – to znaczy, samą kartę mogłam, ale za cholerę nie chciały się żadne strony załadować. Jeśli użyłam którejś z już otwartych kart – działało bez problemu. Dziwnie, prawda?

Parę godzin później przestało mi w ogóle ładować nowe strony, chociaż Facebook czy Tweetdeck czuły się dobrze. No nic. Seriale wołały, uśpiłam komputer i opuściłam biuro.

Wstałam rano, włączam komputer, rozespany, dalej nie umie otworzyć żadnej strony. Sprawdzam więc Edge’a – dokładnie to samo, a może nawet i ciut gorzej, bo cała aplikacja się zamyka przy próbie otwarcia jakiegokolwiek adresu. No to co teraz?

Czas na restart

Proste. IT crowd nas uczy, że to najlepszy sposób na większość problemów z Windowsem i trzeba przyznać, najczęściej działa. Zdarzają się jednak takie sporadyczne przypadki, kiedy ta technika zawodzi i zamiast ekranu logowania witają nas takie straszne widoki:

P_20160201_105231

Tu powinno być napisane ‚Angelika Borucka’ i na upartego w sumie jest. Tylko zamiast normalnym fontem to Windingsem czy tą drugą systemową, też na W, której nikt nigdy nie używał. Zaczyna się więc radośnie i już czuję w kościach, że lepiej nie będzie.

No ale dobra, wpisuję hasło, przecież wiem co robię. Może to się jednak jeszcze naprawi po wejściu na pulpit?

No nie bardzo. Niestety. Patrzę na podpisy pod ikonkami na pulpicie i myślę, że to musi być jakiś problem fontów, skoro wyświetla się Fixedsys w komplecie z tymi znaczkami, zamiast Ariala, czy co tam innego powinno wskoczyć. Katalogi na szczęście napisane monospacem, więc dobrze wiem gdzie klikać. Otwarcie katalogu fonts przyprawiło mnie o zawał.

P_20160201_110016

Normalnie tam siedzi jakieś 1,5 k różnych krojów czcionek. I nagle wszystkie wcięło. Radośnie? Nie inaczej.

Otwieram jednak Chrome’a, może tam się coś przynajmniej poprawiło? Wiecie, równowaga w przyrodzie. Ale też nie, dalej to samo, dalej Chrome krzyczy „Kurcze blade” i rzuca smutną ikonką.

To co, kolejny restart?

Biedny mój Twitter miał relację na żywo i wierzę, że przynajmniej kilka osób moje perypetie przyprawiły o uśmiech. Bo wiecie, mógł się ten dzień zacząć gorzej.

Drugi restart nie pomógł, na szczęście nie popsuł nic więcej. Pomyślałam więc, że przyda się coś dorzucić do katalogu fonts i to był bardzo dobry ruch. Całe szczęście, że jestem frontendem i na dysku kurzy się paczka z klasykami typu Roboto. Po zainstalowaniu od razu w kilku miejscach zaczęła mi się ona pojawiać zamiast znaczków. High five!

Kolejny restart zmienił mi całego Windingsa w roboto, wszystko zaczęło być już w miarę używalne, choć oczywiście nadal nie mogłam sobie nic otworzyć w Chrome. Nawet panelu ustawień (lol). W żadnej innej przeglądarce też nie.

Myślę sobie i myślę, może włączę jakąś grę? Pomysł w sumie niezły. Ale w moim mózgu zaczęły latać różne dziwne słowa i skończyło się na tym, że weszłam w ustawienia, poszukać, czy może szanowny komputer nie ustawił jakiejś blokady na przeglądarki, skoro dziś wszystko na opak. Dotarłam do karty z aktualizacjami. Sprawdziłam czy może jest jakiś nowy build? Niestety nie.

Recovery?

Czemu nie. Brzmiało logicznie, tym bardziej, że sam system daje możliwość powrotu do poprzedniego buildu.

Screenshot (11)

Uff. 11102 działał stabilnie, więc nie waham się. Po drodze wpisuję jeszcze dlaczego wracam na poprzedni i z radością czytam, że najbliższe info o aktualizacji dostanę dopiero przy kolejnej wersji. Świetnie, dokładnie o to mi chodziło!

Krzysiek wrócił do domu jak już kółeczko się kręciło i mogłam zacząć świętować swój triumf.

P_20160201_121611

Troszkę to trwało, ale w sumie szybciej niż sama aktualizacja do 14251. Wszystko wstało, wróciło do formy sprzed dwóch czy trzech dni (pod kątem ustawień).


 

Ogólnie, uff, jestem dumna, że sobie poradziłam. Niby nie było to takie trudne, ale wiecie, potrzebowałam dziś rano tego komputera bardzo mocno i ta złośliwość rzeczy martwych mnie dobiła.

W Windows Insider zostaję, jeszcze mam trochę cierpliwości, bo to pierwszy taki przypadek i nie skończył się tragicznie (czyli formatowaniem dysku).

P.S. nie przesiądę się na Maca. Za dobrze mi z aplikacją Xboksa na komputerze.

Jeśli tekst Ci się spodobał,
kliknij serduszko poniżej.

4

Komentarze (10)