Trzy tygodnie

Za trzy tygodnie i pięć godzin będziemy lądować w Irlandii na lotnisku w Shannon. Trzy tygodnie! To mniej niż minęło od seansu Lovesick, co było przecież tak niedawno. Cholera. Stresuję się.

Możecie już powoli trzymać kciuki za to, żeby udało nam się znaleźć mieszkanie w pierwszym tygodniu tam. Ofert jest całkiem sporo, niektóre bliżej, niektóre dalej, większość to domy, chociaż jest parę mieszkań. Uff.

Roboty jeszcze zostało sporo, trzy projekty do skończenia, jeden do zrobienia w całości (bo nadal czekam na sygnał do startu). Po drodze jeszcze jakieś mniejsze aktualizacje i zmiany. Sto rzeczy do sprzedania, bo przecież zabieramy ze sobą tylko najpotrzebniejsze i najważniejsze. Książki, ubrania, konsole, trochę zabawek. W bagaż podręczny zabieramy tylko to, co niezbędne jest nam w pierwszych tygodniach, reszta dotrze do nas jak już się ogarniemy z konkretnym lokum.

Stres mnie zżera, zastanawiam się jak nam pójdzie dogadywanie się tam i czy poradzimy sobie z papierologią, która czeka nas już na starcie, bo przecież trzeba założyć firmę, konto w banku i zgłosić się do ubezpieczenia. O czymś pewnie jeszcze zapomniałam?

W te trzy tygodnie jeszcze odwiedzamy Warszawę i Skarżysko, bo trzeba rozdać przedwyjazdowe buziaki. Chyba czas porzucić spanie?

Przy tym wyjeździe doceniam Legimi. Mogę siedzieć na Zielonej Wyspie i czytać polskie ebooki. Ha! I wiecie co? Już powoli ugaduję dostawę Leuchtturmów z Polski tam, żeby nie zostawiać swojego ulubionego sklepu. First things first, prawda?

poniedziałek
22.08.2016
12
102

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Ooo, gratulacje! Bedzie dobrze, Wyspy Brytyjskie sa super. Zeby sie tylko ogarneli z tym poronionym pomyslem Brexitu, geniusze.

Irlandia, ta co chce zostać w europie :D wiesz, euro, te sprawy. Planowaliśmy UK na samym początku, ale Brexit nas wystraszył, niby to nic nie zmienia, ale waluta leci na łeb na szyję i nastroje wobec imigrantów trochę się zaostrzyły. Szkoda nerwów, a Irlandia też brzmi dobrze :D

Szkocja też chce zostać i gdybym miała wybierać, to chociaż kocham Londyn jak stąd na Alaskę, to Szkocja jednak dla mnie wygrywa:)

Tak tak, ale my nawet nie do Północnej teraz – ciekawe czy się połączą?

Szkocja brzmi naprawdę super, planowaliśmy generalnie tamte rejony UK, w sensie, Newcastle, czyli rzut beretem od Szkocji ;) ale kiedyś pozwiedzamy :D

O, jak miło! Zazdraszaczam lokalizacji, myśmy przemieszkali dwa lata na irlandzkich zadupiach (okolice Donegal) i było cudnie, ale potem realia zawodowe przeniosły nas do stolicy i siedzimy tu już dziewiąty rok…

Jeśli chodzi o papierologię to tu wcale nie jest tak źle, jak by się mogło wydawać. Na początku może być kilka paragrafów 22. Na przykład, żeby założyć konto w banku trzeba mieć papier od pracodawcy i vice versa. Albo żeby zaaplikować o PPS trzeba mieć papier od pracodawcy – tu już zależy od widzimisię urzędnika. Ale po tych pierwszych przeszkodach dalej już tylko miód i malina, nawet założenie własnej firmy to kaszka z mleczkiem w porównaniu z kRajem (pisałem o tym pięć lat temu: https://xpil.eu/Q1qkM).

Trzy tygodnie to szmat czasu. Jeżeli – jak piszesz – masz już nagrane jakieś robótki na miejscu, to wróżę Wam świetlaną przyszłość ;) Myśmy przyjechali tu bez planu, na wariata i z kredytem jak stąd do Alpha Centauri – i się udało.

Szukając mieszkania warto mieć przy sobie depozyt, gotówką. Trochę po wariacku się to teraz odbywa, bo chętnych jest więcej niż mieszkań. Ale ponoć poza Dublinem nie jest aż tak tragicznie. W stolicy trzeba się zapisywać na jakieś castingi, a najlepiej jeszcze zatańczyć i zaśpiewać, i zaklaskać uszami, żeby zwiększyć swoje szanse ;)

Trzymam kciuki!

Donegal mnie kusi, ale to dopiero w przyszłym roku, jak już się trochę ogarniemy, żeby nam nie przeszkadzało, że taki wygwizdów :) na razie startujemy w Shannon, więc rozważamy co Clare, ew. Galway, Limerick albo Kerry. Zobaczymy co upolujemy – pracujemy na własny rachunek dla klientów z całego świata, więc do szczęścia potrzebujemy tylko internet.

Z kontem w banku – czyli najpierw firma własna? Potem konto i ten numer PPS? Wiem, że sporo można załatwić przez internet i nie ma latania, dobrze :)

Gotówkę będziemy ze sobą mieli, w takich ilościach, żeby się na starcie nie martwić, mieć na depozyt i pierwszy czynsz, bo często trzeba z góry. Nie będzie źle chyba :) Patrzymy generalnie na wiochy, ale i tak często chcą referencje. Mogę im coś z Polski załatwić, ale to raczej się nie liczy za bardzo. Dublin ma na pewno większy przemiał, więcej chętnych, więcej mieszkań.

Dzięki! Czyli ogólnie w Irlandii jest fajnie? :)

Jest fajnie, zwłaszcza jeżeli przynajmniej jedno z Was pracuje w branży IT, która od wielu, wielu lat jest lokomotywą lokalnej gospodarki i nic nie wskazuje na to, żeby się to miało zmienić. Oczywiście tak jak każdy kraj, Irlandia ma swoje wady i zalety, ale w naszym przypadku rachunek wyszedł zdecydowanie na plus! Jeżeli pracujecie on-line, to będziecie potrzebować szybkiego łącza, a to najpewniej oznacza jakieś większe miasto. „Na wiosce” ciężko znaleźć coś powyżej 8Mb/s, podczas gdy w większych miastach operatorzy oferują prędkości od 30 do 300 Mb/s – jest się gdzie rozbujać… koszty też są różne, od dwudziestu paru aż do prawie stu euro miesięcznie – na stronie bonkers.ie można często znaleźć fajne porównania bieżących ofert.

Rozliczanie podatku dochodowego czy VAT-u w zasadzie nie istnieje – mając zarejestrowaną własną firmę masz też firmowe konto bankowe, w które Revenue ma wgląd i wiedzą dokładnie ile podatku trzeba pobrać i kiedy. Ja się na podatkach nie znam – polecam stronę Tomka Kaplana (www.podatki.ie) ewentualnie kontakt z Lubomirem Biczelem (www.mojepodatki.ie) – obydwaj są profesjonalistami z wyższej półki, oferują solidne usługi doradcze w rozsądnych cenach (i nie płacą mi za reklamę – po prostu wiem, że są dobrzy). Sam mam firmę od ładnych paru lat, zatrudniam lokalnego (irlandzkiego) księgowego i podoba mi się to, że kompletnie nie muszę się zajmować robotą papierkową. W Polsce wyglądało to całkiem inaczej.

Najfajniejszy tu jest chyba taki wewnętrzny kontrast między poziomem życia (który jest wyższy niż w Polsce – chodzi o parytet nabywczy) a ogólnym wrażeniem „wiejskości” (rozumianym jak najbardziej pozytywnie – sam jestem wsiok z dziada pradziada). Nawet w stolicy brakuje drapaczy chmur, a poza większymi miastami krajobrazy i mentalność są głównie farmerskie. Jak ktoś lubi takie klimaty, będzie tu szczęśliwy.

Tak jak patrzę na te wioski gdzie się przymierzam, to internet w teorii ma być całkiem znośny – przez kilka lat żyłam z internetem do 4 MB/S, teraz mam 35, więc może troszkę będzie bolało, ale wiesz, 2Mb/s mi do szczęścia wystarczy ;) żeby popracować i czasem włączyć konsolę.

Znalazłam już jakąś stronkę gdzie właśnie było porównanie lokalnych dostawców z Vodafonem czy czymśtam większym, także ten, wstępny research ogarnięty ;)

Kilka miesięcy kiedyś spędziłam w Irlandii po drugiej stronie granicy i strasznie mi się podobał klimat takiej małej miejscowości, gdzie jest 3000 osób, a jednak nie czuć wsią, a ludzie się znają i są przyjaźni i mają takie fajne domki i lokalne sklepy ;) Sweet.

A co do IT. to może właśnie nie stricte jako informatycy, ale oboje strony robimy, w sensie, ja robię frontend, facet backend i mamy taki ładny dream team dla stron itp.

Dzięki za linki! Będę miała co czytać ;)