Film „12 rund 2”, czyli Randy Orton poza ringiem

WWE to było kiedyś pół mojego świata i już nawet nie pamiętam co sprawiło, że zainteresowałam się tak brutalnym „sportem” jakim jest wrestling. Nie wiem czy był rok 2007 czy 2008, ale wiem, że podczas pobytu na wyspach brytyjskich zaopatrywałam się w miesięcznik WWE. Randy Orton był zaraz obok Jeffa Hardy’ego moim ulubionym zapaśnikiem, jednak mimo całej tej sympatii wręcz nie sposób wypowiedzieć się o filmie, w którym miałam okazję go zobaczyć, czyli druga część 12 rund (choć pierwsza, z kolejnym wrestlerem – Johnem Ceną, bardzo mi się podobała).

Nie mam względem filmów wielkich wymagań, zazwyczaj mocno zwisa mi gra aktorska, do momentu aż patrzenie nie boli, odbajerzone efekty specjalne czy głębokość fabuły. Ma być ciekawie, to mój główny wyznacznik. Mam z ochotą patrzeć przez około 90 minut w ekran i nie żałować spędzonego czasu, bo coś było nudne jak flaki z olejem.

12 rund 2: reloaded

Grzech główny: było nudno. Akcje się przeciągały mimo tego, że zamysł powinien trzymać oczy skupione na ekranie. Spodziewałam się, że będzie to naprawdę trzymać w napięciu, że będzie dynamicznie i jakoś choć trochę zaskakująco, ale nie.  Mogłam wyjść z pokoju na 10 minut, by zrobić sobie herbatę i nadal nie ominęło mnie dosłownie nic, czego nie wyłapałabym z kontekstu w ciągu pierwszych trzech minut przywróconego seansu.  Nie do końca powinno tak być.

Film jako film więc nie jest niczym godnym polecenia. Można go sobie włączyć żeby leciał w tle podczas wizyty znajomych, bo nawet rozmawiając w międzyczasie i zerkając na ekran co parę scen wyciągnie się z niego tyle samo – i to jest chyba najgorsze, co można powiedzieć o filmie sensacyjnym…

piątek
17.01.2014
0
71

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *