Gone Home to gra, którą kupiłam sobie półtora roku temu i od razu planowałam przejść. Nawet zaczęłam, ale przestraszyłam się i wyłączyłam. Wczoraj wreszcie znalazłam dla niej chwilę czasu.

Grafika okładkowa jest piękna, klimatycznie nastraja i troszkę sugeruje, że historia, z którą się zmierzymy będzie straszna.

Stary save zniknął przy formatowaniu komputera ponad rok temu, więc musiałam zacząć rozgrywkę od nowa.

Postać w którą się wcielamy to Katie, dwudziestoletnia dziewczyna, która wraca do domu po roku podróży po świecie. Przyjeżdża pod dom w środku nocy. Przed otwierającą sceną słyszymy wiadomość na sekretarce, którą Katie zostawia rodzicom, o tym, o której przylatuje i żeby po nią nie przyjeżdżali na lotnisko, bo sama dotrze do domu.

Stajemy więc przed drzwiami. Rozglądamy się, patrzymy na torby położone na ganku, a gra informuje nas o sposobie sterowania. Stawiamy więc pierwsze kroki, otwieramy pierwsze szafki i czytamy pierwsze notatki pozostawione w pustym domu.

Sam to trzy lata młodsza siostra naszej bohaterki i właśnie od niej jest pierwsza notatka wsadzona we frontowe drzwi, wzbudzająca momentalnie nasze zainteresowanie. Gasimy więc światła i pozwalamy głośniej grać muzyce z gry.

Po przekroczeniu drzwi frontowych znajdujemy się w przestronnym hallu z wielkimi szerokimi schodami prowadzącymi na pierwsze piętro. Po prawej i lewej stronie pomieszczenia są drzwi do skrzydeł domu. Tylko od nas zależy które drzwi wybierzemy.

W grze nie ma zadań. Nikt nie prowadzi nas za rączkę. Oglądamy więc notatki, pocztówki, wizytówki, zdjęcia i książki czytane przez domowników, zaglądamy do wszystkich pokoi chcąc dowiedzieć się gdzie są wszyscy? Gdzie rodzice? Gdzie siostra? Gdzie Mitten?

Nie ma „kamieni milowych„, osiągnięć, nie ma nic. Łazimy, czytamy. Nie ma paska postępu, jest tylko mapa domu, która składa się z pomieszczeń, w których już byliśmy.

Jest dobrze, klimatycznie, czasem dreszcz przebiega nam po plecach, a oczy płatają figla, że ktoś nagle przemknął po korytarzu. Słychać trzaśnięcia drzwi.

Jednak nie jest to dla mnie gra idealna. Zaczynając od faktu, że można dojść do końca historii w trzydzieści minut, nawet szczególnie nie starając się przyspieszyć końcówki.

Dotarłam więc do wyjaśnienia co się stało z członkami rodziny, ale kompletnie przegapiłam ten straszny wątek, bo okazuje się, że można go przeoczyć. Patrząc teraz na zdjęcia z gry, widzę, że nie odkryłam jeszcze wielu rzeczy, ale szczerze nie wiem, czy mam ochotę wracać, bo zasmucił mnie fakt, że dało się to tak po prostu przejść bez zagłębienia się we wszystko w co trzeba. To akurat nie powinno być możliwe, żeby gra skończyła się, zanim dowiem się wszystkiego co wymagane, by zrozumieć tę historię. Szkoda.

Mogłam przegapić zawartość kilku szuflad, nie dowiedzieć się o kilku rzeczach, ale to co przegapiłam wydaje mi się akurat koniecznym do poczucia, że była to naprawdę dobra gra…


 

Jeśli macie ochotę zagrać – zagrajcie. Gra nie jest straszna, nie jest to Amnesia czy Black Mirror. Trzeba chodzić, kucać i słuchać wpisów z dziennika siostry. Steamowa wersja nie ma niestety polskiej wersji językowej, co trochę utrudnia odbiór i wkręcenie się w samą historię, ale gdzieś przewinęło mi się spolszczenie – może działa.

Na wielu ludziach ta gra zrobiła ogromne wrażenie, na mnie niestety nie. I jestem o to zła. Muzyka jest naprawdę fajna (ale twórcy są tego świadomi, bo jest osobny soundtrack), grafika jakoś nie powala i wszystko jest takie toporne (szczególnie wnętrza szuflad), ale nie przeszkadza to w cieszeniu się rozrywką.

Potrzebujecie godzinę, może dwie, żeby poznać całą historię. Może akurat Wam się spodoba?

Jeśli tekst Ci się spodobał,
kliknij serduszko poniżej.

4

Komentarze (9)