Huel po ponad roku

Przez rok (z lekkimi przerwami) Huel towarzyszy mi w pracy. Mój lunch w butelce. Czego nauczył mnie ten rok? Co udało mi się odkryć? I przede wszystkim, jak to jest w praktyce.

Co to Huel?

Huel to niemiecki proszek (i tu mogłabym zakończyć zdanie, bo większość mam i babć wie, że niemieckie proszki są najlepsze), który po rozrobieniu z wodą stworzy nam jedzenie. (Okej, jednak brytyjski, popsuli mi całe zdanie!) Płynne, ale jedzenie.

Koncepcja jest taka, że to „kompletne” jedzenie. Czyli dostarcza naszemu organizmowi wszystkiego, czego on potrzebuje. Oczywiście wiadomo, w ramach ogólnie przyjętych norm, a nie personalizowanych posiłków dostosowanych do typu diety, obostrzeń związanych z alergiami itp.

W teorii można jeść tylko Huel. Około 5 porcji dziennie w zależności od wysiłku fizycznego i tego, ile faktycznie kalorii potrzebuje wasz organizm. W praktyce znaczna większość użytkowników Huela zastępuje nim tylko jeden posiłek. Śniadanie lub lunch najczęściej, rzadziej obiad.

Cały skład Huela jest rozpisany na stronie internetowej. Większość węglowodanów w mieszance pochodzi z owsu i tapioki, na tłuszcze składają się te z siemienia lnianego, słonecznika i kokosa. Białko to głównie groszek i ryż. Węglowodany zawarte w Huelu to te z niskim indeksem glikemicznym. Ale nie będę tu przepisywać całej strony z ich recepturą. Jeśli chcecie wiedzieć więcej, kliknijcie w link wyżej.

Po co?

Powody są różne.

U mnie to najlepsza opcja lunchu. Po prostu. Lunch w pracy to u mnie godzina, między 13 a 14, kiedy wszyscy w biurze jedzą. Siadamy przy drewnianym stole w kuchni, rozkładamy planszówki i w międzyczasie jemy. Część ludzi przynosi tradycyjny lunch – makaron z sosem przygotowany dzień wcześniej, kanapki, jakąś sałatkę. Druga część wychodzi kupić jedzenie na mieście. Czasem coś w McDonald’s, czasem burrito, a innym razem małe bagietki z panierowanym kurczakiem i warzywami.

Bez gotowania i bez bałaganu

Na gotowanie sobie obiadu do pracy jakoś szkoda mi czasu, po prostu. Wolę pospać chwilę dłużej czy bardziej skupić się na jedzeniu dla dzieci do szkoły.

Każdego typowego ranka (bo teraz chyba u wszystkich rytm dnia jest choć trochę zaburzony) mam jeszcze najpierw spacer, żeby odprowadzić dzieci do szkoły. Później autobus. I z autobusu jeszcze kilkaset kroków do biura. Z plastikowym pojemnikiem i jedzeniem w środku, zawsze się boje, że mi się to wysypie czy wyleje. A noszę tam przecież i portfel i komputer.

Z mniej istotnych rzeczy, Huel generuje bardzo mało śmieci. Mam plastikową torbę na miesiąc jedzenia, miarki, które dostaję tylko z pierwszym zamówieniem, więc nie walają się później po szafkach. Po zjedzeniu mam do umycia shaker, który szybko się myje nawet bez zmywarki.

Huel to taka moja recepta na nienoszenie jedzenia w plecaku. Ze strony zamawiam bezpośrednio do biura, gdzie mam drugi shaker i miarkę.

Taniej i zdrowiej od alternatyw

Bramka numer dwa to wyjście po coś do jedzenia na mieście. Tu jest kilka problemów. Nie powiem, żeby spacer był kłopotem, bo często wychodzę z kolegami z pracy, dla towarzystwa.

Kanapki z kurczakiem są smaczne, szczególnie jeśli wrzuci się do tego jajko z majonezem, ser z sałatą czy pomidory, kukurydzę i masło czosnkowe. Wyborów jest mnóstwo i jest to sensowna różnorodność.

Inny kierunek pracowniczych wycieczek to McDonald’s. Uwielbiam, raz na jakiś czas. Jednak wszyscy chyba jesteśmy świadomi, że to nie jest zdrowy wybór.

Takie wyjścia to też dość droga opcja. ~4 euro za jeden lunch. Po którym mimo wszystko robię się głodna przed dotarciem do domu. Gdzie Huel to poniżej 2 euro za porcję.

Huel tu jest tą tańszą i zdrowszą (lub bardziej odżywczą) alternatywą.


Oczywiście, to dość monotonne jedzenie. Bardziej paliwo, niż coś, co przynosi faktyczną przyjemność, jak dobry obiad. Którego, realnie, i tak nie jestem w stanie zjeść w pracy, chyba, że chciałabym pół wypłaty wydawać tylko na to. (A nie uważam, żeby było warto.)

Huel daje mi poczucie, że zjadłam coś całkiem zdrowego, co jest wystarczająco słodkie i zapychające, by zaspokoić i potrzebę jedzenia i słodyczy. Dba też o poziom żelaza w mojej krwi, pozwalając mi na regularne oddawanie krwi. Mój najnowszy ban urodził się podczas przerwy świątecznej, kiedy przez kilka tygodni sama robiłam obiady…

Urozmaicenie Huela to te przygotowywane przez nich dodatki smakowe. Mam ich trzy: masło orzechowe, pierniczki i wiśnię z czekoladą. Ten ostatni jest zdecydowanie najlepszy. Choć dodają one trochę cukru do mieszanki, ale wzmacniają smak i przełamują nudę w przypadku wanilii czy czekolady, które są moimi podstawowymi smakami Huela.

Co warto wiedzieć o Huelu?

Minimalne zamówienie Huela to dwie torby. Łącznie ponad 3 kilogramy proszku. To trochę smutna wiadomość dla tych, którzy nie są Huela pewni – nie ma próbek. Wydatek około 250 PLN nie jest też najprostszą decyzją.

Dwie torby to około 34 posiłki po 400 kalorii. To ponad miesiąc jedzenia go codziennie, albo prawie dwa, gdy zastępujecie jeden posiłek dziennie w dni robocze (zakładając, że raz na tydzień macie wspólny lunch).

Przez dużą ilość kalorii jest świetnym „śniadaniem” przy Intermittent Fasting (czyli trybie jedzenia przez 8 godzin dziennie i 16 godzinną przerwą, w domyślnym układzie).

Typowa porcja dostarczy Wam energii na kilka długich godzin – jem ją zazwyczaj między 13 a 14, a obiad dopiero o 19, po drodze pijąc tylko drugi kubek kawy. I nie docieram do domu głodna.

Czego nauczył mnie ten rok?

Ogólnie to muszę powiedzieć, że ten rok to dopiero początek. Wygodny, prosty i całkiem smaczny lunch, dbający dodatkowo o poziom witamin i mikroelementów w moim organizmie.

Co więc uważam, że warto wiedzieć/pamiętać samemu zabierając się za Huel?

Huel najlepiej smakuje, gdy odłożymy go na minimum godzinę po zrobieniu. W lodówce możecie trzymać go około doby.

Niektórzy wolą rozrabiać go z mlekiem (pamiętajcie o dodatkowych kaloriach!), inni z wodą. Ja zazwyczaj leję 400 ml wody i opcjonalnie 50 ml mleka.

Huel najlepiej mieszać do góry nogami, oczywiście w dedykowanym shakerze i z tą specjalną kratką, która ułatwia rozbijanie grudek i nie pozwala na ich przeciśnięcie się.

Przed jedzeniem jeszcze pare razy go wytrząśnijcie, żeby rozbić nowe rozmięknięte już grudki.

Pijcie na spokojnie, nie wszystko na raz, bo rozboli was brzuch. Typowa porcja to 400 kalorii, prawie tyle co pełny obiad.

Wasz organizm musi się przyzwyczaić do Huela i wysokiej zawartości błonnika. Tak, gazy i wizyty w łazience to normalność – o czym przeczytacie też w książeczce, którą dostaniecie z pierwszym zamówieniem.

Przeczytajcie dołączoną do zamówienia książeczkę – znajdziecie w niej kilka wskazówek i przepisów.

Możecie spróbować urozmaicić smak Huela przez dodatki smakowe (ja używam jednej małej saszetki na 3-4 razy) lub dorzucenie owoców, np. bananów.

I najważniejsze.

Huel nie jest magicznym proszkiem. Sam w sobie nie sprawi, że zaczniecie tracić na wadze. Trzeba mu pomóc – bo to po prostu kompletne jedzenie, które ułatwi liczenie kalorii i trzymanie ich w ryzach.


Jeśli ~250 PLN za zamówienie to dla Was trochę za dużo, pamiętajcie, że działa u nich program partnerski. Składając zamówienie możecie wpisać kod zniżkowy, który dostaniecie od znajomych korzystających z Huela. Kod jest ważny w obrębie tej samej waluty (ja płacę w Euro, więc nie zadziała, jeśli chcecie płacić w złotówkach). 50 PLN lub 10 Euro mniej to spora różnica. Jeśli podacie swój kod dalej, sami otrzymujecie też równowartość kuponu do użycia na dowolnym większym zamówieniu.

Chcecie takie startowe żniżki? Tu macie trochę linków do kont moich znajomych:

-50 PLN: Krzysiek, Łukasz, Rafał / -10 EUR: Mój

niedziela
14.06.2020
2
571

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Idea Huela jest genialna. Wydaje mi się, że Huel nie był jednak pierwszy, bo słyszałam już wcześniej o produktach typu Soylent, niestety niedostępnych u nas. Również mam u siebie dwie duże torby, niestety zamiast wanilii wzięłam banan i smakuje on strasznie chemicznie. Czekolada jest całkiem spoko. Nie jestem w stanie się jednak w żaden sposób pozbyć grudek, co mnie do huela zniechęca, a prowadzi w kierunku produktu konkurencji, niestety już 3,50 eur za posiłek i z kupą plastiku :(. W każdym razie, liczę że trend tego typu produktów będzie tylko wzmagał, będzie coraz większą konkurencja i niższe ceny. W końcu komu się chce trzy razy dziennie siedzieć w kuchni nad jedzeniem?

BTW zazdroszczę Ci strasznie tych planszowek z ludźmi z pracy. Z moimi się nie da nawet pogadać. Za to opcja iść z gotowym jedzeniem w płynie na samotny spacer do parku to najlepszy odpoczynek od roboty.