O przeprowadzkach, część pierwsza

Przeprowadzka to nigdy nie jest łatwa sprawa, szczerze. Aktualna ciągnie się już dwa tygodnie i sama nie wiem, czy widać koniec, bo boję się zapeszać. W optymistycznym scenariuszu już w poniedziałek spędzimy tam pierwszą noc.

Kto z Was się kiedyś przeprowadzał, ten wie, jak to jest…

Wylot z gniazda

Dla większości to pierwsza przeprowadzka „na poważnie”. Może niektórym z Was zdarzyło się przeprowadzać wcześniej, z rodzicami, ale to nie te same emocje, które towarzyszą przenosinom, gdzie wszystko jest na naszej głowie.

Idąc na studia zabierasz komputer, ubrania, pościel, torbę kosmetyków, może ulubiony obraz czy rodzinne zdjęcia w ramkach. Kilka ukochanych książek, lusterko, plakat, ukochanego miśka i może nawet rower? Wynajmujesz pokój, umeblowany, jest szafa i łóżko, przy dobrych wiatrach kawałek biurka, krzesło czy fotel.

Wielki krok w drodze do samodzielności, mimo, że lądujesz w kompletnie obcym świecie.

Pierwsze mieszkanie

Dla nas pierwszym mieszkaniem było „drugie Zabrze”. Poprzednim razem wynajmowaliśmy w Zabrzu 40-metrowy pokój w pięciopokojowym mieszkaniu w kamienicy, mniej więcej takim jak teraz wynajmujemy.

Spora kaucja, bardziej puste ściany, my i dziecko, sami.

Przenoszenie łóżka, telewizora, ubrań, kosmetyków – w sumie, nie było tego tak dużo. Był to już poważny krok w dorosłość, chociaż na „drugim Zabrzu” mieszkaliśmy tylko miesiąc, by potem z podkulonym ogonem wrócić do domu mojej mamy, na rok z kawałkiem, bo Krzyśkowi nie przedłużyli umowy i jedyną alternatywą było sprzedać auto, na co się nie zgodziłam, po prostu.

Powrót na Śląsk

Cały nastrój przed jest tu. To ogólnie była przeprowadzka na wariackich papierach, bo nie dość, że nie widzieliśmy na żywo mieszkania przed wynajęciem, to jeszcze przyjechaliśmy tam 30 listopada, a już trzeciego grudnia urodziła się Matylda. Wyczucie czasu, prawda? Chociaż lekarze przewidywali pomiędzy 17 grudnia a Wigilią.

Pierwsza umowa z gazownią, kompletny pakiet internetu, przepisanie adresów w bankach i urzędach, tymczasowy meldunek – masa papierologii. Mieszkanie jednak nadawało się od razu do zamieszkania. Przewieźliśmy kanapę, meble dziecięce, biurka, wózek, tony książek, biblioteczkę, pluszaki, telewizor i wszystkie papiery, jakie tylko udało nam się znaleźć w czeluściach zostawianych szafek.

Jpeg

Spędziliśmy tu, na granicy Śródmieścia i Rozbarku, prawie dwa lata, zrobiłam pewnie ponad pół tysiąca zdjęć zachodu słońca z pięknego półokrągłego balkonu, zakochałam się w widoku z okien i elewacji tej ponad stuletniej kamienicy.

Od dłuższego czasu jednak chcieliśmy zmian, dwa lata to sporo, czemu więc nie zmienić otoczenia? 125 metrów kwadratowych to naprawdę dużo i choć latem jest miło i przyjemnie, to zimą jednak portfel płacze, szczególnie, że znajdująca się pod nami apteka stoi pusta co najmniej tyle ile tu mieszkamy. Czas najwyższy więc się przeprowadzić!

Umawiaj się z nienormalnym

Oglądaliśmy kilka mieszkań w ciągu ostatniego półrocza, niektóre podobały nam się bardziej, niektóre mniej, ale każde miało coś, co sprawiało, że jeszcze czekaliśmy.

Na pobliskim sklepie znalazłam ogłoszenie o wynajem, zapytałam, posłuchałam, brzmiało dobrze. Następnego dnia je obejrzałam, to był piątek. Do wtorku miałam się zastanowić i dać znać. Zdecydowaliśmy, że tak, to będzie to. Może będzie lekki problem z umieszczeniem biura i nie będzie tyle możliwości manewru, ale okolica wydawała nam się kusząca, odległość od centrum miasta poniżej pięciuset metrów też brzmiała świetnie. Odczekałam niecierpliwie do rzeczonego wtorku, powiedziałam właścicielowi, że się zdecydowaliśmy, on pokiwał głową, powiedział „no to robimy”… W ciągu pięciu kolejnych godzin zaczął kręcić i wymyślać, coraz bardziej przeciągając, w środę rano zamiast podpisanej umowy dostałam tylko słowo „nie”. Tylko. Bez wyjaśnień, czegokolwiek.

Było mi dziwnie, trochę smutno, jednak bardziej byłam po prostu zła. Sami zdecydowaliśmy, że jednak odmówimy, bo kaucja w wysokości czterokrotności czynszu za nieumeblowane mieszkanie z lodówką i kuchenką z lat sześćdziesiątych i w miarę nową pralką, to trochę za dużo. Nie, że konkretnie dla nas, tylko ogólnie, bo takie kaucje to mają mieszkania urządzone w całości, świeżo po remoncie, o podwyższonym standardzie, a nie sześćdziesięciometrowe mieszkanie z nierównymi ścianami wymagającymi malowania tak na już.

Wracając, byłam smutna i zła. Trochę już może zdesperowana, bo naprawdę, na myśl o kolejnej zimie, której koszt dla nas to dodatkowe minimum cztery tysiące złotych za ogrzewanie, robiło mi się niedobrze.

Kawałek szczęścia

Zamieściłam ogłoszenie, że szukam mieszkania. Nieumeblowane pokoje, okolice centrum, dwa lub trzy pokoje z centralnym ogrzewaniem gazowym. Nie spodziewałam się efektów, a jednak. Dwa dni po zamieszczeniu ogłoszenia miałam już wpłaconą kaucję i kluczyki w ręce. To był oficjalnie koniec poszukiwań, a początek latania za załatwianiem umów o energię elektryczną i gaz, których w mieszkaniu nie było, skoro nikt tam przez jakiś czas nie mieszkał. Dla mnie zrozumiała sytuacja, licznik z gazu i prądu zapisany na nas to coś, czego właśnie chcieliśmy.

Nikt nie spodziewał się oczywiście, że instalacja wodna przecieka, że nie ma prądu w połowie mieszkania, a rurki z gazu są nieszczelne (spokojnie, gaz jeszcze tamtędy nie leci, nikt się nie zatruje). Na samym wstępie, poza samym przenoszeniem rzeczy mamy naprawdę sporo załatwiania. Podpisanie umów wymaga w naszym przypadku podpisów, protokołów i zaświadczeń. Uwierzcie – masa latania. Do tego załatwianie mebli – bo tych do kuchni nigdy nie mieliśmy, aż do wtorku, jeszcze brakuje nam stołu, krzeseł i szafy, ale wszystkiego się z czasem dorobimy. Mamy gdzie spać, mamy gdzie ugotować, gdzie zjeść i gdzie postawić biurka. Prąd już podłączony, gaz załatają jutro, więc przez weekend możemy przewieźć już część rzeczy, a w poniedziałek zawołać konkretny transport, który zajmie się pralką, lodówką i resztą nadprogramowo ciężkich i dużych rzeczy, które nie wejdą do samochodu.

Okolica jest piękna. Dosłownie. Z okien mamy widok z jednej strony taki jak widać u góry, z drugiej strony na alejkę otoczoną drzewami, w której skład wchodzą dwa place zabaw. Jest zielono, do okien w przyszłym biurze dolatują zapachy pobliskiej piekarni, zaraz obok niej znajduje się sklep spożywczy, a w bloku sto metrów od klatki jest poczta! Idealnie, prawda?

IMG_20150910_144746

Z jednej strony się oczywiście cieszę wizją zbliżającej się wielkimi krokami przeprowadzi, z drugiej jestem przemęczona, czemu nikt chyba nie może się dziwić, bo tyle stresów co w tym miesiącu to dawno już nie przeżyłam. Najgorsze, że to stres często z bezsilności. Już końcówka, powtarzam sobie i nie mogę się doczekać.

Jpeg

Ogólnie, jestem beznadziejnie zakochana w Bytomiu i nie chcę zostawiać tego miasta, przynajmniej nie w najbliższej przyszłości.

czwartek
24.09.2015
16
0

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

My rok temu ,,przeprowadzałyśmy” się tylko z Bydgoszczy do Torunia, większość rzeczy mając w domu rodzinnym. Miałyśmy tam tylko jakiś stolik, dwa krzesła, a reszta zostawała w mieszkaniu. Do tego wszystkie sprzęty, reszta rzeczy, masakra. Nie wyobrażamy sobie, jak to będzie wziąć wszystko :)

Pierwsze przeprowadzki są właśnie „małe”, bo mało się ma mebli, większość to drobne rzeczy, ubrania, komputer, pościel. Jak się zabiera szafę, stół, krzesła, telewizor czy łóżko to się zaczynają schody ;)

Powiem Ci, że faktycznie sporo zachodu przy tej przeprowadzce. Sądzę, że opcja z pocztą tuż obok to coś, co dobrze się składa – bynajmniej dla mnie i Ciebie. Ja do swojej poczty nie mam też daleko. Mam nadzieję, że wszystko się uda ogarnąć szybciej niż myślisz. Czekam na kolejne odsłony opowieści o przeprowadzce!

No teraz mamy w ogóle non stop przeboje z tym mieszkaniem, ale mam nadzieję, że to tylko taki cyrk na starcie, a potem nam się już tam będzie dobrze mieszkać.
Pocztę teraz widzę z okien, z nowego mieszkania będę miała podobnie blisko – bardzo mnie to cieszy!
Będą! ;D ale już miejmy nadzieję ładniejsze.

W ciągu ostatnich 2 lat zmieniałam mieszkanie trzykrotnie i za każdym razem było z tym mnóstwo kłopotów. Obecne jest bardzo dobre, ale dość małe, ciągle trzeba się przeciskać pomiędzy meblami. Trochę nie chciałabym zapisywać na siebie gazu i prądu, bo przy kolejnej przeprowadzce mogłoby to dostarczyć dodatkowych problemów. Za to własna umowa na internet była dla nas podstawą. Nie ma nic gorszego niż wydzwaniać do właściciela za każdym razem, kiedy sieć zaczyna robić problemy.
W każdym razie, gratuluję nowego mieszkania i życzę powodzenia w ogarnianiu przeniesionych rzeczy :)

Ja w ostatnie 5 lat przeprowadzałam się 6 razy, to będzie siódmy! ;)
Dla mnie gaz to podstawa, prąd przy czynszu jeszcze mogę płacić, ale gdybym musiała jednego dnia wyciągnąć dwa tysiące to by mnie bardzo bolało, tak przynajmniej mamy to rozłożone na różne dni miesiąca, bo niestety, nie mamy regularnych wpływów w konkretnych dniach miesiąca, więc tak nam wygodniej.

Dzięki, mam nadzieję, że niedługo już będzie po wszystkim.

Nie jest prosto znaleźć coś logicznego … szukaliśmy kończąc dom a nasze mieszkanie sprzedaliśmy. No i właścicieli mieszkań tez spotykaliśmy różnych – niektórych nie chciała bym w tyłek na ulicy kopnąć więc wiem ile wysiłku i nerwów cię to kosztowało

Czasem niektórzy jeszcze walną np. regulaminem budynku, w którym jest napisane, że nie można biegać po mieszkaniu.. już to widzę jak zabronię dzieciom się ganiać raz na jakiś czas po mieszkaniu… Najważniejsze, że już prawie po wszystkim. A u Was jak się to skończyło? Znaleźliście coś fajnego?

:) Mieszkamy w swoim domku i możemy biegać wrzeszczeć i tupać wtedy kiedy nam się podoba !!! O północy łapię w odkurzacz komary i mój pies może skakać po ogródku i nie chciałabym wracać do mieszkania w bloku ani swojego własnościowego a tym bardziej wynajętego. :)

Ja mieszkałam zawsze w domu, później na 15 lat wylądowaliśmy w mieszkaniu, służbowym, później we własnościowym i znów w wynajętym … każda przeprowadzka to mały pożar – zniszczenia i spustoszenia :) Ale teraz zapuszczam korzenie – dobrze mi tu

Aż mi się przypomniało, że przy każdej przeprowadzce obrywała jedna szafeczka + jej zawartość, bo teściu zrwał się do niesienia jej zanim zabezpieczyliśmy szuflady i tak właśnie moja nowiutka płyta zespołu The Servant została porysowana :<

Obserwując swoich znajomych (i samemu wybiegając myślami do przodu) zastanawiam się, czy wynajmowanie mieszkania na dłuższą metę ma sens? Czy nie lepiej te pieniądze zainwestować w spłacanie kredytu za coś, co będzie w przyszłości moje i mojej rodziny? Z drugiej strony rzucanie się na kilkudziesięcioletnie zobowiązanie finansowe to też nic fajnego.. Dużo pytań. Tak czy siak okolica wygląda pięknie. ;) Dobrej przeprowadzki życzę!

Długo zastanawialiśmy się nad kredytem, wyszło nam, że płacilibyśmy miesięcznie jakieś 40% więcej niż aktualnie, do tego nowe prawo odnośnie kredytów hipotecznych, czyli w tym roku 10% wkładu własnego, w przyszłym 15 a w 2017 ostateczne 20%. To sporo. Poza tym, trzeba być jednak pewnym miejsca i metrażu, bo kupując sześćdziesięciometrowe mieszkanie mogę pomarzyć o trzecim dziecku, ale się nie zmieścimy (z biurem w domu, spędzając wszyscy razem 24/7). Mamy upatrzony projekt domu, który kiedyś może zrealizujemy, uskładamy pieniądze na działkę, działka wejdzie jako wkład własny i super.

Ale z drugiej strony – może wyjedziemy na stałe za granicę? Nie mam pojęcia gdzie będę za 5 czy 10 lat, skoro po dwóch latach znudziło nam się naprawdę świetne mieszkanie ;)

No tak, jeżeli rozważa się opcję wyjazdu za granicę, to kredyt jest bez sensu. Chyba, że mieszkanie byłoby w dobrej lokalizacji do wynajmu. :) Trudno dzisiaj o własne miejsce na świecie..

Nie wiem czy trudno – znam parę osób przed 30-stką, które mają już mieszkania.
Ja po prostu sama jeszcze nie wiem gdzie chcę być, mój „mąż” tak samo. Myślimy docelowo o Kanadzie, może wcześniej zrobimy przystanek gdzieś na wyspach brytyjskich – praca nas nie trzyma. Póki dzieci są małe to możemy kombinować, potem jak zaczną szkołę już nie będzie tak łatwo.