E. L. James — „50 twarzy Greya” (Recenzja książki)

Jakiś czas temu zrobiło się o tej powieści bardzo głośno, doszło nawet do tego, że można było nabyć egzemplarz w Biedronce, na półce z promocjami tygodnia. Wtedy nadszedł ten moment, kiedy otwarcie powiedziałam narzeczonemu o chęci przeczytania tego sprośnego porno w wydaniu kobiecym, bo tak ludzie to przedstawiali. Po zaledwie kilku dniach zmagań przyszedł czas na ocenę i moje przemyślenia odnośnie pięćdziesięciu twarzy Pana Greya.

Pierwsza myśl, która przeszła mi przez głowę czytając na Kindlu „50 shades of Grey” to fakt, że w obecnych czasach nazwisko to w mediach przewija się tak często, jak Kowalski bądź Nowak w naszej polskiej książce telefonicznej. Jest Dorian Gray, czyli film z 2009 roku oraz opanowująca wszelkiej maści media Sasha Grey, najbardziej rozpoznawalna gwiazda porno. Biorąc pod uwagę tematykę książki, oboje pasują jak ulał do książki, którą dziś mam zamiar opisać.

Głównymi postaciami w tej powieści są Ana(stasia) Steele oraz Christian Grey, ona właśnie kończy college, on jest miliarderem przed trzydziestką. Ich losy splatają się dzięki wywiadowi, który w zastępstwie swojej najlepszej przyjaciółki (Kate) przeprowadziła nasza Anastasia, by mógł on trafić do ostatniego wydania gazetki studenckiej, gdyż to Grey wręczał dyplomy ukończenia szkoły. Zaraz na drugim planie stają takie osoby jak Kate, brat Christiana, Elliot oraz Jose, przyjaciel Any. Gdzieś tam jest również jeszcze matka Anastasii oraz „lokaj” Greya.

W kwestii samych bohaterów uderzającym mnie faktem jest to, że wszyscy są piękni, jeden ładniejszy od drugiego, boski Grey, prześliczna i urocza Kate, oraz Anastasia, której Chrisitan prawi niemożebne komplementy. Strasznie drażni mnie to, że nikt nie ma krzywych zębów, włosów, które się nie chcą układać, brzydszej cery czy paru kilogramów nadwagi. Nie, każdy musi być idealny, mężczyzna jest oczywiście umięśniony, a jego kilkudniowy zarost zawsze wygląda oszałamiająco, kobiety są mądre, nie mają cellulitu i nigdy nie chodzą do toalety, zazwyczaj są trochę nieśmiałe i choć piękne (nie mylić z pięknem typu – nie ma kobiet brzydkich, są tylko zaniedbane, chodzi tu o idealnie piękne) to nieświadome tego.

Prawda jest taka, że czytałam ją praktycznie jednym tchem, 600 stron pliku .pdf malało z każdą godziną poświęconą odpoczęciu od pracy, w efekcie czego skończyłam ją w cztery dni, czekając cały czas z niecierpliwością na ten wyuzdany i perwersyjny BDSM, który miałam napotkać na jej kartach.
Przedzierając się przez pierwszą połowę tekstu, nie potrafiłam odgonić od siebie myśli, że to wszystko już czytałam. On jest piękny, niedostępny, żyje z dala od ludzi, których praktycznie unika, ma stosy pieniędzy, potrafi o poranku wstać z łóżka i w dresowych spodniach zasiąść do fortepianu by grać smętne melodie… To wszystko już było, nie dziwię się więc porównywaniu Greya do Edwarda Cullena, a Anastasii do (cholera, jak jej było) Belli. Na dobrą sprawę to naprawdę trafne – nazwać ’50 twarzy Greya’ ‚Zmierzchem’ dla starszych, czyli pokolenia Zmierzchu, które przez te cztery lata od premiery filmu zdążyło przekroczyć granicę legalności seksualnej. Tak więc jak ‚Zmierzch’ – czyta się to przyjemnie, mimo banalności, tylko wciąż pozostaje to uczucie niedosytu, znacznie większe jednak w przypadku Greya, bo… miało być ostrzej!

Lubię gdy powieść coś przełamuje, wychodzi poza kanon, gdy tekst na jej kartkach jest inny niż w książkach leżących obok, a nie powiela wciąż te same zachowania, te same mity… Ile czasu zazwyczaj zabiera kobiecie dojście do orgazmu? Jak często parze udaje się dojść równocześnie? Dlaczego nikt nie pisze o kąpieli czy prysznicu po seksie, tylko ewentualnie przed? Albo o przydatności ręczników papierowych w pokoju? Mimo tych pytań, które zadawałam sobie w trakcie czytania, muszę przyznać, że sam proces był przyjemny – rozczarowujący, gdy widziałam, że kartki się kończą, a ja nadal nie dostałam takiego BDSM jakiego się spodziewałam po tych wszechobecnych komentarzach, ale nadal mimo wszystko przyjemny.

Sposób narracji w którymś momencie mnie drażnił (nie potrafię jednak tego konkretnie nakreślić – widocznie było dość mało istotne skoro zdążyłam zapomnieć), jednak zdecydowanie sprzyjał lekkości czytania.

Jest to pozycja warta uwagi, jednak nie należy nastawiać się na dużą ilość brutalniejszego seksu. Głównie dla kobiet, choć fani Zmierzchu powinni również być zainteresowani.

#7. 50 twarzy Greya

#7. 50 twarzy Greya

Autor: E. L. James
3/5
Rok wydania: 2011
Liczba stron: 608
Przeczytane: 13.08.2013
czwartek
20.03.2014
7
0

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

A ja mogę powiedzieć co mogło drażnić w tej narracji – używanie przez autorkę wielokrotnie tych samych sformułowań choćby znana już „rozdzierana srebrna paczuszka” albo „o rany”. Dla mnie tak książka to jakiś szajs. Okrzyknięte porno dla kobiet – takim nie było ani trochę. Lat temu ponad 15 mój ówczesny facet to dopiero miał książek porno (głównie polskiego) do czytania, co też czyniłam z wypiekami na twarzy. I szczerze mówiąc było to dużo lepsze porno niż Gray. Serio. A najlepsze jest to, że w Grayu wszystko jest przesadzone i nierealne, bo niby jak kobieta świeżo po rozdziewiczeniu może mieć maga świetne orgazmy i to za pomocą samego muśnięcia/dotyku szpicruty?
To ewidentna czysta fantazja autorki która sama przyznaje, że z BDSM nie łączy ją nawet fachowa wiedza a o praktyce nie wspomnę. Jak to jeden z moich znajomych określił – ta książka to nie jest porno. To sposób na zarobek na kobietach, które prócz klasycznego seksu małżeńskiego mają tylko dom i służenie mężowi jako kura domowa. Bo dla nich to swego rodzaju nowość. Ale absolutnie niewiele ma to wspólnego z BDSM tym realnym.
I może dlatego, gdy sama się dowiedziałam, że to w ogóle zaczęło się od zmierzchowego ff, wszystko stało dla mnie się jasne :) Już wiedziałam dlaczego to coś mi w ogóle nie podeszło i tego pdf’a zmieliłam w koszu laptopa :)

Ja aż tyle hejtu nie wylałam na ten twój – nie było to górnych lotów, ale się jednak szybko czytało, a to zawsze jakiś plus.
Z tym BDSM to mocno przesadzone, heh, bo ostre to to w ogóle nie było, ale racja, że targetem są kobiety, które poza sporadyczną pozycją „na jeźdźca” nie widują udziwnień w seksie.

Hejtu? Nie, raczej konstruktywnej krytyki. Bo spodziewałam się naprawdę czegoś dobrego a dostałam coś co ciężko nazwać chociaż dostatecznie satysfakcjonującym. To jak spodziewać się by zakupiony towar miał dobrą jakość a dostać coś co nadaje się tylko jako szmata do podłogi. A o tym, że to początkowo było w założeniu być ff do zmierzchu dowiedziałam się już po fakcie grzecznościowego dokończenia książki. I nie zmieniło to mojej opinii, a jedynie wyjaśniło czemu tak bardzo jest to kiepskie. A można było napisać to lepiej przy pomocy fachowej wiedzy i konsultacji z osobami które kręcą się wokół tematu. Tutaj tego zabrakło i efekt wyszedł jaki wyszedł. Osobiście bardzo cenię sobie wszelkie zabiegi i zbierane informacje przez autora by jego powieść zachowała realizm tj. np. opisy wyglądu złamań, czy historycznych wydarzeń itp.