Nie rozumiem akcji #ocalKsiążki

Skakałam sobie po internecie pijąc ukochanego Earl Greya i nagle zobaczyłam reklamę akcji „Ocal książki”. Nie wiem nic o tym, by książkom źle się działo, sama kupuję ich kilkanaście w ciągu roku, nowych, nie omijam jednak antykwariatów, gdzie czasem udaje mi się znaleźć jakiegoś „białego kruka” jak totalnie nowy egzemplarz trzeciego Nekroskopa wydanego w 1991 roku… Czy ktoś z Was kupił w tym roku książkę? Ile osób z waszych znajomych kupiło i przeczytało coś nowego? Sporo, prawda? Nie jest to zapewne jedna osoba, tylko więcej. Czemu więc ktoś uważa, że książkom w Polsce dzieje się źle?

Od początku

Jest sobie akcja #ocalKsiążki. Jest też strona, konto na Facebooku i Twitterze. O co chodzi? O „ustawę o książkach”, tyle możemy się dowiedzieć na szybko. I że ma to być panaceum świata książek, które sprawi, że będzie lepiej autorom, czytelnikom, sprzedawcom i wydawcom. Brzmi bajecznie.

Jeśli los książek nie jest Ci obojętny, wyraź swoje poparcie dla Ustawy o książce.

Okej, jestem zaintrygowana. Na stronie głównej nie znajdujemy jednak zbyt wiele informacji. Kawałek znów o utopijnym świecie, lista Ambasadorów, których nie znam z twarzy, podpisana nazwiskami autorów fotografii, następnie jakaś lista „Niewydanych książek” zawierająca głównie egzotyczne nazwiska.

Książki niewydane – przykłady

Pierwszą osobą na liście jest Meir Shalev. Autor, z którym nie miałam nic wspólnego. W Polsce wydane są jego trzy powieści, przeczytane łącznie przez 88 osób na portalu Lubimy Czytać, gdzie nikt nie oznaczył się jako fan. Dla porównania, Geoffrey Huntington, którego również trzy powieści ukazały się w Polsce i jest naprawdę mało znanym pisarzem, ma takich fanów 23. Recenzje są raczej mieszane, ludzie jako „najbardziej wartościową opinię” oznaczyli wyznanie kobiety, która nie przebrnęła i odłożyła powieść z powrotem na półkę po stu pięćdziesięciu stronach. Jeśli wydawcy sugerują się społecznością portalu Lubimy Czytać to nic dziwnego, że nie pojawiło się w Polsce nic więcej. Gdyby znalazły się tam nazwiska niszowych polskich twórców, którym nie udało się przebić przez rynek światowych bestsellerów moje zirytowanie byłoby na pewno znacznie mniejsze, bo jeśli akcja ma na celu promowanie rodzimej literatury – jestem za.

Jest ten wywiad, całości niestety nie mam jak przeczytać, ale z wyrywków można wyczytać zupełnie inne słowa niż na stronie. Nie wiem jak to faktycznie wygląda i czy ilość zarobionych na książce pieniędzy jest inna w przypadku gdy ktoś ją przeceni czy nie – co wydaje mi się dość nielogiczne. Na chłopski rozum – skoro Sieć X kupuje 50 000 egzemplarzy danej książki, po konkretnej cenie, ma towar już u siebie na półce, to gdzie wydawcy cokolwiek do tego za ile to faktycznie poszło? Sieciówki nie kupują książek na ryczałt, skoro jest koszyk z tanimi książkami, gdzie spotkać można pojedyncze egzemplarze starszych niesprzedanych książek, w bardzo okazyjnych cenach. Gdyby to było na ryczałt, to czemu nie są one oddane? Cena książki jaką płaci Sieć X jest na pewno bardzo różna od tej, za którą kupujemy ją my, tylko czemu ludzie twierdzą, że nasza obniżka ma wpływ na kwotę, którą dostanie autor czy tłumacz, skoro najprawdopodobniej jest to po prostu zejście z części sklepowej marży? Poprawcie mnie, jeśli się mylę.

Czym tak naprawdę jest Ustawa o książce?

Ma ona na celu ujednolicenie ceny wydawanych książek, czyli przez rok od publikacji będą one zawsze i wszędzie kosztowały dokładnie tyle samo. Nie będzie można obejmować tych książek promocjami ani łączyć w komplety i sprzedawać po niższej cenie. Ma to podobno pomóc wszystkim. Dlaczego w to nie wierzę? Po pierwsze, strona #ocalKsiążki twierdzi, że Matras i Empik (jeśli uznamy, że to oni są tymi oligopolistami) sprzedaje książki drożej, niż mniejsze księgarnie, mniejsze w sensie, nie sieciówki. Nie wiem jak wyglądają wasze doświadczenia z kupowaniem książek, ale ja nigdy nie kupiłam w sieciówce książki powyżej okładkowej ceny. Cena z okładki jest najwyższą ceną jaką można tam spotkać. W mniejszych księgarniach nie mam już tej psychicznej gwarancji, bo bardzo często zdarzało mi się widywać tam książki w zawyżonych cenach. Jest to więc zupełnie odwrotna sytuacja niż opisywana przez ludzi promujących akcję Ocal Książki.

Mechanizm wojen cenowych, które toczą się na rynku wydawniczym, jest następstwem przenoszenia na książki naszych przyzwyczajeń z innych sektorów i branż. Wyprzedaże, końcówka kolekcji, promocje typu kup dwa produkty, a trzeci dostaniesz w prezencie. Brzmi znajomo? Nie ma drugiej takiej branży jak rynek wydawniczo-księgarski, gdzie nowości pojawiają się w sprzedaży już w promocji cenowej. Książki coraz częściej traktujemy podobnie jak bułki, kiełbasę, dżinsy czy pralkę. Tyle tylko, że ubrania, kosmetyki czy produkty RTV – przynajmniej przez kilka pierwszych miesięcy, sprzedawane są za 100% swojej ceny, a dopiero później oferowane są wyprzedaże czy różnego rodzaju promocje.

Nie wiem jak Wy…

ale ja uważam, że akcje typu 2+1 działają na korzyść książek. Jeśli wchodzę do księgarni i wybrałam dwa tytuły, to czemu mam nie zabrać do domu i trzeciej? Istnieje spora szansa, że jako „gratis” wybiorę książkę po okładce, nieznanego mi autora, coś stojącego daleko od półki Nowości czy Bestsellery. Po drugie, żyję w świecie, gdzie o ile faktycznie, kolekcje ubrań są poza aktualnymi promocjami (tylko przez miesiąc, może półtora, nie rok), o tyle kosmetyki można kupić w promocji już od pierwszego dnia ich obecności na sklepowych półkach. Gry? Filmy? Muzyka? To wszystko też dość szybko trafia na przeceny i promocje i nikt nie ma z tym problemu. Czemu więc z książkami mamy się obchodzić jak z jajkami, skoro sprzedaje się ich na pewno mniej niż płyt CD czy filmów na DVD/BD. Czemu?

To może spróbujmy wytłumaczyć łopatologicznie i przy okazji obraźmy ludzi

screenshot-www.ocalksiazki.com 2015-07-03 19-28-43

Przepis na sukces. Obraźmy ludzi. A w szczególności polityków! Bo to przecież oni zabraniają nam czytać i sterują telewizją od której ciężko oderwać oczy choćby na pięć sekund. A-ha. Jesteśmy tępi, ogłupieni, nie mamy ambicji, a o naszej wyobraźni aż żal wspominać. Jesteśmy marginesem społecznym, my wszyscy. Dzięki książkom Meir Shaleva o kebabie, staniemy się lepszymi ludźmi, a czytanie aktualnie wydawanych książek, tych bestsellerów, to coś, czego powinniśmy się wstydzić. Bo tylko te niewydane dzieła mają wartość, politycy chcą nas ograniczyć i omamić, dlatego na półkach jest to, co jest, zabraniają tłumaczenia i wydawania wielu fantastycznych uciśnionych artystów, pisarzy na miarę Goethego i Mickiewicza… Zgodzicie się? Ja nie. Jeśli Ambasadorów tak bardzo boli, że wielu pisarzy jest w Polsce pominiętych, to nikt im nie broni założyć własnego wydawnictwa. Książki Uciśnione. Albo Wydawnictwo Ksiąg Zakazanych przez Polskich Polityków. Co sądzicie? Wydawane jest to, co się czyta. Część z autorów przez nich podana miała szansę i się nie przyjęła, tak po prostu. Jak wielu autorów, lepszych czy gorszych. Tak to już jest, że nie każdy dobry pisarz odniesie sukces, a nie każdy gniot wyląduje w ściekach. Nic tego niestety nie zmieni. Zostaje nam czytanie ukochanych niewydanych autorów w innym języku, ja mam takich kilku: John Bellairs czy Darren Shan.

Mam tylko nadzieję…

że to nie wejdzie w życie. Podoba mi się wybór, podobają mi się promocje, nie widzę nic złego w tym, że książki mają różne ceny. BuyBox bardzo dobrze uświadamia mi, że wcale nie jest tak, że w jednej konkretnej księgarni jest najtaniej każda książka. Nie. Na pierwszych miejscach mam zazwyczaj zupełnie inne sklepy niż Matras czy Empik, nie ma wyraźnej dominacji. To chyba dobrze, co? Bardzo przeczy to hasłom o oligopolu. Książki kupuję w wielu różnych miejscach. Matras często wybieram, bo mam po drodze, ale zaraz obok stoi zwykła księgarnia, w której też zdarzało mi się robić książkowe zakupy. Na tej samej ulicy otworzyła się w zeszłym tygodniu kolejna księgarnia, do której na pewno po coś zajrzę. Chyba nie jest tak źle, skoro co chwilę obok sieciówek otwierają się pojedyncze sklepy z książkami? Mam też nadzieję, że nikt nie tknie e-booków. W ostatnich miesiącach bardzo pokochałam takie książki.


I na dokładkę link od Juiz, czyli jak to wygląda w Izraelu w rok po wprowadzeniu jednolitej ceny.

Tekst ustawy

piątek
03.07.2015
19
508

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Tylko przyklasnąć – celnie podsumowałaś kuriozum, które chcą nam sprezentować. Sam kupuję kilkadziesiąt książek rocznie – w poprzednim ok 50, w tym już ok 30. Są z różnych miejsc, Empik, Matras, inna księgarnia stacjonarna czy internetowa. Jakie to ma znaczenie skoro najważniejsze jest to, że chcę „fizycznie” posiadać książkę. Wczasach gdy statystycznie maleje liczba osób je kupujących i czytających.

Ja chyba nie kupuję aż tyle, ale na pewno ponad 20. Część dla siebie, część na prezent, tylko ja jako posiadaczka Kindle’a uznaję jeszcze ebooki, ale tu ich nie liczę. Najważniejsze jest jednak to, że ludzie nadal kupują książki, chcą je kupować, w takim niby biednym Bytomiu otwiera się więcej księgarni niż plajtuje…

Nie lubię, jak ktoś się wtrąca w moje życie i dokonuje za mnie wyborów. Książek kupuję bardzo dużo (nawet teraz czekam na przesyłkę z 7 sztukami). Wybieram przeważnie tanie księgarnie wysyłkowe (ostatnio odkryłam nieprzeczytane.pl – ceny obłędne). Gdyby nie one, nie byłoby mnie stać na tyle książek. Gdy ceny wzrosną, ja przestanę kupować nowości i zacznę częściej bywać w bibliotece.
Więc dzięki tej ustawie książki ocalimy, ale od czytelników :-(

Lumley w obłędnych cenach, muszę się temu przyjrzeć. Ja odkryłam ostatnio dadada.pl i dzisiaj odebrałam 4 książki nowe ;) zdecydowanie jednolita cena odstraszy ludzi, bo nikomu się nie będzie chciało kupować książki za 40 zł, jak może odkryć coś starszego, co jest już przecenione. Będzie zastój na rynku. Niby długofalowo miałoby przysłużyć się do zejścia z cen, ale naprawdę, nie wydaje mi się, żeby to się w Polsce udało.

Jeśli ustawa wejdzie w życie to po prostu przestanę kupować nowości. Gdy mam wybór kupić książkę w kosmicznej cenie czy raczej coś dla dziecka to wiadomo co wygra. A książkę wypożyczę z biblioteki. Dla mnie ta cała ustawa to powrót do sterowania rynkiem przez lepkie łapki. A w zapewnienia, że ceny książek dzięki ustawie spadną zwyczajnie nie wierzę. Ocalić książki? Chyba od czytelników…

Świetne to ostatnie hasło.
może to ma ukryty cel właśnie w przyciągnięciu ludzi do bibliotek? Ale to sytuacji książek na rynku nie poprawi – nie dojdzie czytelników.
Ogólnie wydaje mi się, że książki staniały, albo to Harry Potter miał takie astronomiczne ceny, bo teraz nie widuję już nowości powyżej 40 zł, a zazwyczaj to jest około 20-25…

Nie rozumiem tej akcji. Ktoś kto nie czyta, nagle nie zacznie kupować książek, bo wszędzie będą po tej samej cenie. Nie w tym tkwi problem.
Ponadto, często w tych mniejszych księgarniach są promocje i dzięki temu książki, które wcześniej nie zostały sprzedane i są „na raz”, mają szanse zostać w ogóle sprzedane. Ja zazwyczaj takie książki wypożyczam z biblioteki, bo nie mam ich gdzie trzymać, a jeśli natknę się na fajną promocję, to kupię.
Empik się wybił nie przez ceny, które są moim zdaniem okej, a przez klimat. Czasami lubię pójść, poczytać i ze spokojem wybrać sobie coś na później. Może po prostu lepiej wziąć przykład i oprócz półek z książkami, warto zrobić miejsce do czytania?
Pozdrawiam cieplutko! :)

Nigdy nie korzystałam z tego, że można w Empiku posiedzieć, ale dużo osób tak robi. Tak samo w Matrasie, gdzie w większych są jeszcze kawiarnie, czyli można wygodnie usiąść w fotelu, pić kawę i czytać dowolną książkę z półki, to jest utopia!
Jestem przekonana, że nikogo to nie zachęci do kupowania. Parę osób się na pewno będzie cieszyć, takich, które mieszkają na jakiejś wsi, gdzie jest jedna mała księgarnia windująca sobie ceny w kosmos, wtedy to się komuś przyda. Tylko jaki jest % takich osób? W świecie internetowych księgarni nie rozumiem, jak może być miejsce na małe księgarnie z wielkimi cenami…

Wszystko też rozbija się o to, że w takie sklepy jak Empik najłatwiej uderzyć. Jeśli coś będzie sie wydawać zbyt drogie, najłatwiej zmieszać z błotem sklep – nie zastanawiając się, że to jeszcze wydawca, drukarnia, pisarz etc. mogą windować ceny, a później się od tego odżegnywać „co złego, to nie my”. Czasami w necie trafiam na jakieś komentarze, że niby drogo, niby marża, niby *tu wstaw swoją propozycję*. A ja się zastanawiam, co ze mną nie tak, że tego nie widzę. W Empiku kupuję od dawna i nie robię tego po prostu z przyzwyczajenia. Przeglądam oferty różnych sklepów i koniec końców mi tam wychodzi najkorzystniej (a to promocja, a to darmowa dostawa do salonów).

Empik w ogóle jest na widelcu wielu ludzi, opowiadający historie, których nie znam, a paru znajomych pracujących w Empiku miałam.
Ja do Empika mam daleko, ale jak miałam bliżej to korzystałam, bo mają wszystko, od muzyki i książek po filmy i przybory plastyczne. Ostatnio ze stacjonarnych i dużych to zdecydowanie Matras wybieram, bo mam w pieszym zasięgu, a z internetowych testuję, teraz zamawiałam na dadada.pl i ceny są zaskakujące, dostawa do kiosków Ruchu za 1 zł, dla mnie bajka. Brakowałoby mi tego wyboru.

Moim zdaniem, jak zwykle kombinują, szukając dziury w całym. Jestem za tym, żeby każdy miał wybór, co, gdzie i za ile sprzeda. Kupuję książki w różnych miejscach i po różnych cenach. Czasem w przedsprzedaży, kiedy indziej długo, długo po premierze, w cenie normalnej i promocyjnej. Nie rozumiem, co dobrego miałaby przynieść ta akcja dla książek. Jeszcze bym zrozumiała, jakieś stałe okresowe obniżki, które umożliwiłyby zakupy tym, których w danej chwili na książki nie stać. A tak, to nie widzę sensu.

Ale o co chodzi, czy na allegro też będzie jakiś terminator śledził, czy ktoś czasem zbyt taniej ceny nie wystawił? A może będzie zakaz licytowania książek wg praw rynku?

Na allegro niech prywatni ludzie robią co chcą – w projekcie ustawy jest napisane, że sklepy stacjonarne i internetowe będą musiały mieć jedną konkretną cenę okładkową przez pierwsze pół roku, a przez drugie pół roku inną cenę, nadal konkretną. Nie będzie książek tańszych bo nie będzie skąd. Na targach książki będzie można sprzedawać egzemplarze trochę taniej (75% ceny bodajże), ale tam są jeszcze jakieś obostrzenia co do ilości konkurencyjnych firm obecnych na danych targach.

Ustawa zakłada grzywny dla firm sprzedających powyżej ceny.
Możesz kupić po stałej konkretnej cenie i sprzedać na allegro taniej – ale stracisz. Jeśli będzie to sklep i książka oznaczona jako nowa, to na pewno mogą być z tego problemy. Jest wzmianka o internetowym zakodowaniu ceny, pewnie przypisanie do ISBN, więc allegro mogłoby łatwo ograniczyć, że nówek nie można puścić w innej cenie. Nie widzę tu akurat dziury.

Chciałam powiedzieć, że ja to już tylko ebooki, ale jednak w kwietniu zamówiłam w Merlinie cztery fizyczne książki :) Komiksów nie liczę, ale gdybym liczyła, to co miesiąc kilka-kilkanaście też :)

Promujący tę ustawę twierdzą, że ceny okładkowe byłyby niższe, bo teraz obniżki są w nie już wliczone. I powołują się na przykład Francji, gdzie taki przepis mają już od jakiegoś czasu i działa – tyle że Francja to trochę inna kultura, a są i kraje gdzie to nie wypaliło, teraz nie pamiętam jakie, bo o Francuskim rynku akurat rozmawiałam z francuskim kolegą :)
Kisnę z tej bajki o pszczołach, bo pszczoły naprawdę wymierają, ale nikt nie wie, czemu i jak temu zapobiec, to nie jest takie proste xD No i mało Polaków czyta, ale przecież i biblioteki są darmowe i w internetach jest sporo, nawet legalnych ebooków, to nie wina ceny książek, to na pewno coś bardziej złożonego.
No i – pracuję w grach, obniżki są często jeszcze w trakcie preorderów (na przykład na Wiedźmina 3 mieliśmy 10-20%), kultura tak po prostu ma, bo jest dobrem luksusowym, a nie czymś niezbędnym jak jedzenie i ubranie. Zresztą przecież dlatego na książki jest wyższy podatek.

@disqus_vVz0qPq85S:disqus poniżej przytoczyła przykład Izraela, do wpisu jest też podpięty ten link.

No właśnie ktoś generalnie te informacje nie wiadomo skąd wyciągnął, że tylko książki się przecenia. Wiadomo – fakty tak przygotowane, żeby pasowały do poparcia teorii.

Z moich znajomych bardzo dużo ludzi czyta i to w sporych ilościach, kupują książki też, papierowe i ebooki. Społeczeństwo ewoluuje i tego nie zmienimy, są audiobooki, ebooki, nie każdemu jest wygodnie mieć wielkie tomiszcze na półce. Fakt, w bibliotekach też jest raczej pusto. Akcja w każdym razie nie ma moim zdaniem kompletnie sensu. I te pszczółki ♥ ubliżmy wszystkim, jesteśmy tacy cudowni. Reszty anegdotek nie czytałam, a może by się jeszcze trafiły jakieś kwiatki…

Tak, nieogranięta jestem i dopiero po wysłaniu komcia kliknęłam i przeczytałam, tehe :)
BTW, widziałam kontrargument, że ta ustawa właśnie zabije mniejsze księgarnie, bo nie będą przyciągały atrakcyjnymi rabatami – i faktycznie, mój ulubiony sklep komiksowy ma zniżki na nowości dla stałych klientów, a na przykład Komikslandia – rabat na mangi w dniu Twoich urodzin. Byłoby suabo, gdyby musieli to przerobić na „rabat na mangi ale tylko starsze niż rok” czy coś.
Mnie też otaczają głównie kulturni ludzie, ale jednak statystyki mówią, że to raczej mniejszość, niestety. Tylko już widziałam krytykę tych statystyk, no niby bo czemu jak przeczytam ksiąźkę raz na pół roku to jestem bardziej czytelnikiem niż ktoś kto codziennie czyta prasę i blogi?
Tak, ta taktyka wmawiania ludziom, że są matołami, jeśli nie popierają Naszej Sprawy jest ostro odpychająca, naprawdę nie rozumiem, czemu niektórzy ludzie nadal ją stosują, mnie by to zniechęciło nawet do czegoś, co wydawało mi się interesujące :|

Też jestem ciekawa, bo są w Matrasie karty stałego klienta, a TaniaKsiążka.pl oferuje stały rabat 5% dla aktywnych krwiodawców. I co? Wszystko porzucą?
Z Mangą to na pewno byłoby bardzo słabe. Więcej ludzi ogólnie by się zniechęciło do kupowania książek niż właśnie przyciągnęło do księgarni. Jak jest mój ukochany tytuł to kupię przy premierze za okładkową cenę, ale z każdym dodatkowym tytułem się zastanowię, czy nie lepiej poczekać ten rok i będę odgrzebywać starocie z koszyków z tanimi książkami, bo to nie ma sensu.

Akcji nie znam, ale o ustawie co jakiś czas coś tam media przebąkują. I booklips kiedyś wspomniało o takiej ustawie ale wcześniej w kontekście Izraela: http://booklips.pl/newsy/izrael-rok-po-wprowadzeniu-stalej-ceny-na-ksiazki-sprzedaz-drastycznie-spadla-ceny-wzrosly/
Podobną sytuację mamy u nas.
I o ile lubię czytać (najlepiej na papierze, ebooków nie trawię) o tyle książki kupuję tam, gdzie mi taniej wychodzi. I nie ma znaczenia czy to będzie premiera czy nie. Bo fakt jest taki, że książki są umiarkowanie drogie. Jeśli mam kupić tomik za 50zł w cenie okładkowej za powieść lub kilka opowiadań które mieszczą się na ok 150 stronach (a chodząc po np. empiku i trzymając w ręce, to taka cena to chyba ponury żart), to ja dziękuję. No i przytoczone przez ciebie sytuacje – kogo obchodzi, że dana księgarnia/sklep schodzi ze swojej marży? I też ani razu w ciągu swojego życia nie widziałam książki która by miała wyższą cenę niż okładkowa (chyba, że jest mowa o akademickich podręcznikach, ale to już inna bajka) o.O
Osobiście jako zwolennik czytania i lubiacz wąchania tuszu drukarskiego jestem zniesmaczona. I raczej poczekam ten rok od premiery żeby książkę taniej kupić. Bo mnie się nie pali a i tak lubię wracać do niektórych powieści, więc bez czytania nie zostanę :P

No właśnie w niektórych krajach to się przyjmie w innych nie. U nas te książki są generalnie dość tanie, nie wiem czy jest na co narzekać. Za nowość trzeba dać teraz około 30 zł. Chociaż nie powiem, krew mnie zalewa jak nowe książki Lumleya, które mają 200 stron kosztują 25 zł, czyli tyle samo ile poprzedniczki posiadające po 600 stron. Komuś się w głowie poprzewracało, ale to nie sklepowi, tylko wydawcy, no i co zrobisz? Jak to szesnasty tom to wiadomo, że każdy kto chce kupić – i tak kupi, nie poczeka.

Z wieloma książkami mogłabym przeczekać, ale ukochane serie ciężko odpuścić. A nad przypadkowym tytułem się piętnaście razy zastanowię jeśli mam wydać więcej kasy, taka prawda. Są też takie książki, że za 15 zł mogę kupić, ale 30 to już nie dam, po prostu.

Ale ebooki akurat lubię, chociaż papierowych nie odpuszczam ;)