O zbrodniach przeciw książkom na przykładzie cyklu Nekroskop

Przeczytałam w swoim życiu już wiele książek, nie powiem, że tony, ale dziesiątki kilogramów na pewno, kierując się czasem samym tytułem, innym razem autorem, kolejnym opinią jakiejś osoby, ale zdarzało się też, że tekstem na tylnej okładce… I tu się właśnie zaczyna problem, bo te opisy często bardziej wprowadzają w błąd niż opowiadają prawdę o książce, rzadko który potrafi naprawdę zauroczyć, ale czegoś tak niekompetentnego jak w przypadku cyklu Lumleya nie widziałam chyba nigdy…

(tekst nie powinien zawierać spojlerów większych niż tylne okładki książek, więc spokojnie można ten go przeczytać i później nadal z przyjemnością przeczytać Nekroskopa)


Opis z tylnej okładki przeczytać można po prawej stronie, mam nadzieję, że nie jest zbyt mały.

Z najbardziej porażających rzeczy, na czerwono czytamy „Pierwsza część pięciotomowego cyklu mistrza horroru”, co już jest jednym wielkim kłamstwem, bo w chwili ukazania się tego pierwszego wydania, czyli w 2003 roku, cykl liczył już trzynaście tomów. Rozumiałabym pomyłkę rzędu jednej części, gdyby wyszła rok wcześniej, ale nie, tom trzynasty (Obrońcy) został napisany w 2001 roku. Genialnie, prawda? Widać z daleka profesjonalne zajęcie się tematem.

Czytając tę książkę po raz pierwszy do czynienia miałam z wydaniem wydawnictwa Phantom Press, które faktycznie posiadało tylko pięć części i do druku poszło w okolicach 1991 roku, ale to przecież było aż 12 lat wcześniej! Widocznie niektórzy zostali jeszcze w tamtych czasach.

Wielce szanowny tekst z tylnej okładki

Mój boże, bo inaczej zacząć nie umiem… Opis ten jest tak niezgodny z prawdą, tak bardzo nie opowiada o książce i tak bardzo skupia się na jakichś nieistotnych szczegółach, że naprawdę nie wiem kto pozwolił coś takiego opublikować. Bo o ile Borys faktycznie jest nekromantą, to wcale nie ma w planach przejąć władzy nad sowieckim wydziałem paranormalnym, a z Harrym i tym pokonywaniem śmierci umysłem to też jest ostro przereklamowane, bo ma on po prostu dar rozmawiania ze zmarłymi.

Jest on więc mocno niezachęcający, przyznajcie sami. Przeczytalibyście?

Ja tę pierwszą część widzę inaczej, poznajemy wtedy historię Harry’ego (który jakby nie było jest głównym bohaterem, a nie Borys, jak nam mówi opis), który w dość młodym wieku stracił matkę, poznajemy jego lata dzieciństwa, pierwszą miłość oraz wszystko co go doprowadziło do momentu, od którego zaczynamy czytanie. Jest też owszem coś niecoś o Borysie i jego traumatycznym dzieciństwie, niemniej wciąż daleko mu do miana głównego bohatera.

Tłumaczenie

Kolejny powód do marudzenia i bicia głową o ścianę. Przez szesnaście tomów przewija się praktycznie za każdym razem inny tłumacz, co oczywiście skutkuje faktem, że raz Tibor ma na nazwisko Ferenczy, raz Ferenci, raz Ferenc, raz jakoś tam, a raz jakoś jeszcze inaczej – naprawdę doprowadza mnie to do szału, brat Tibora to czasem Janosz, a czasem Janos, zdarzyło się też chyba coś na zasadzie Jani bodajże. W takich sytuacjach naprawdę, tłumacze powinni czytać poprzednie części cyklu, by nie popełniać głupich błędów tego typu, bo inaczej jak błąd tego nazwać nie umiem.

W pierwszym wydaniu, tym starym, była postać nazwana „Rezydent” i miało to swoje brzmienie, takie intrygujące, więc jak przeczytałam o „Mieszkańcu” to mi dosłownie ręce opadły, bo zabrali temu bohaterowi charakter, naprawdę w ten sposób to odczułam. Przecież Rezydent brzmi genialnie, a Mieszkaniec w ogóle nie ma wydźwięku…

Nie chcę jednak zdradzać za dużo, powiem tylko, że jest to naprawdę ciekawa pozycja dla fanów fantastyki, reszta tomów jest idealna dla entuzjastów prawdziwych wampirów, brutalnych, ohydnych i potężnych, a nie jakichś świecących picusiów-glancusiów. I taki spojler nie spojler, jest parę treści przeznaczonych dla osób +18 (no tak, a ja czytałam to po raz pierwszy mając 8 lat) w znacznej większości książek z tego cyklu.

Z mojej strony to na pewno nie jest ostatnie słowo o Nekroskopie czy Brianie Lumley’u, gdyż jego nazwałabym swoim ulubionym autorem, a Harry Keogh to ten mój główny bohater, o którym śniłam przez wiele lat.

niedziela
08.09.2013
7
1555

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Po wielu latach sięgnąłem po Nekroskopa po raz drugi i pomimo upływu lat i ukazania się w międzyczasie wielu książek o tematyce wampirycznej, nadal uważam, że to jedna z najlepszych pozycji w tej kategorii.
Pamiętam, że swego czasu Lumleya nazywano Ludlumem horroru.
Już sama seria o Nekroskopie wystarczy aby Go tak określić, a pamiętajmy o tym, że w dorobku tego pisarza jest równie znakomita trylogia ” Khai”, o człowieku przeniesionym do czasów współczesnych z okresu przed starożytnym Egiptem.
Wracając do serii o dziejach Harry’ ego Keogh’ a, od lat zastanawiam się, jak to możliwe, że nikt do tej pory nie wpadł na pomysł ekranizacji tej serii.
Mistrzowski połączenie horroru, powieści szpiegowskiej, political-fiction i kryminału, aż się prosi o przeniesienie na ekran.
Przez ostatnie 20 lat mieliśmy okazję oglądać ekranizacje ckliwych opowiastek o śliczniutkich krwiopijcach (Zmierzch, Więzy Krwi. Pamiętniki Wampirów i.t.p.), a tu mamy gotowy materiał do obrazu o pełnokrwistych (sic!) „wampyrach”, jak same o sobie mówią czarne charaktery tej serii. Mam nadzieję, że kiedyś doczekam się takiego dzieła, tylko niech nie robią z tego takiej sieczki jak „twórcy” serialu Kindred – The Embraced z genialnej gry Vampre; the Masquerade.

Prawa do ekranizacji ma aktualnie któryś większy producent, Universal czy ktoś tego typu. Na stronie czytamy:

Necroscope® :The Movie
No information other than the fact that it is still optioned until October 2020.

Cały czas mam nadzieję, że kiedyś się pojawi!

„Khai” cały czas przede mną, a dopiero niedawno udało mi się skompletować Psychomecha ;) to powstało jeszcze przed Harry’m! I jest urocze, w tych momentach, kiedy widać jak mu się Harry zaczynał roić głowie i gdy się inspiruje Doctorem Who!

Standard jeśli chodzi o wydania, często notki reklamowe są po prostu mega mylące… Szkoda, że taką politykę obierają wydawnictwa… A co do tłumaczeń, masakra… tak często zmieniać tłumacza to aż boli, zwłaszcza, że widzę dużą różnicę po Twoim wpisie, na pewno zwrócę na to uwagę, ale teraz przynajmniej podejdę do tego z większym spokojem ;)

Najlepiej naprawdę przeczytać te pierwsze wydania z lat 90. Ładniejsze, lżejsze (papier jest taki fajny, że książka mimo 400 stron nie waży nic) no i właśnie tłumaczenie jest sensowne.

Tutaj to chyba było 5 albo i 6 tłumaczów.

_
W ogóle to wydawnictwo ma wielki burdel z tymi opisami, przy tych nowych to już przegięli pałę dosłownie… ale to już czytałaś ;)