W szale zakupów i poszukiwań kalendarza idealnego, kupiłam dwie sztuki, obie z Leuchtturma, jedna jest w rozmiarze medium (A5), a druga mini (A7), oba w pięknych kolorach. Jeśli jeszcze nie macie swojego, to zobaczcie, jak te cuda wyglądają w środku!

Mini to po prostu kalendarz, na pierwszych stronach jest rozkład od lipca 2014 do grudnia 2016, następnie rok 2015 w szybkim przeglądzie wraz z zaznaczonymi fazami księżyca i przegląd dni wolnych. Następne kilkadziesiąt stron to tydzień na dwóch stronach – trzy na pierwszej, cztery na drugiej (sobota i niedziela mniejsze o połowę niż inne dni). Jak na taki mały zeszyt to tego miejsca jest całkiem sporo, nie ma linii niestety, ale ten mini-kalendarz jest po to, bym mogła nosić go w torebce i notować czasem coś ważnego.

20141211_120010

Weekly planner and notebook – with extra booklet for anniversaries and addresses

Czyli jasnoniebieskie cudeńko (w sklepie figurowało pod nazwą „turkusowy”, więc nie byłam pewna, który faktycznie przyjdzie), format A5.

Od początku, strona tytułowa z miejscem na dane adresowe, potem kalendarz 2014, 2015, 2016 – każdy na jednej stronie, następnie rozpisany rok przyszły, dzień po dniu, trzy miesiące na jednej stronie, z zaznaczonymi dniami tygodnia i fazami księżyca. Bardzo fajne i na pewno będzie przydatne do szybkiego przeglądu ważniejszych dni w roku.

Karta z międzynarodową listą świąt, pogrupowane według krajów. Teraz rozkładówka z tym, co najbardziej mnie ciekawiło – Project Plan.

20141211_115936

Zdjęcie chyba mówi wszystko? Szersze miejsce na nazwę projektu i małe krateczki do zamalowania pewnie. Jedna kratka to jeden tydzień, od grudnia 2014 do końca stycznia 2016. Mogę więc już zaznaczać!

20141211_115914Dalej już jest sedno. Dwie strony na jeden tydzień, po jednej stronie dni, po drugiej kartka w linie, bez cyferek, bez marginesów, po prostu linie. To to, co ostatecznie przesądziło, że to jest to kalendarz dla mnie. Jedyne „ale” to brak wersji z kratkę, bo jednak wygodniej pisze mi się po kratkach.

Z dodatków:

Naklejki do archiwizacji, nic specjalnego – trzy podłużne, które można nakleić na grzbiet i trzy wersje na przednią okładkę. Wszystkie beżowo-szare.

Adresownik! Pierwszy raz od nie wiem ilu lat, jest mi faktycznie potrzebny. Jest to osobny zeszyt, który można nosić niezależnie, chociaż jest w miękkiej oprawie, więc łatwo go powyginać, ma to jednak więcej plusów niż minusów. Jedna strona to jedna litera, a przed częścią z adresami jest jeszcze tabelka na wpisanie wszelkich rocznic. Wygodne, prawda?

Kieszeń na luźne notatki przy tylnej okładce – jak we wszystkich notatnikach i kalendarzach klasy premium lub aspirujące do takiej klasy.

Czyste strony na notatki na końcu zeszytu i liniuszek, co mnie bardzo zaskoczyło.

Same kartki, wszystkie, są zadziwiająco sztywne, za kilka tygodni się okaże, czy przebijają czy nie, ale nie powinny, Oxfordowe zeszyty mają podobnej grubości kartki.

Polecam! Nie zawiodłam się po otwarciu paczki.

Jeśli tekst Ci się spodobał,
kliknij serduszko poniżej.

12

Komentarze (8)