Nie wiem, czy faktycznie to nasz szósty dom. Pewnie nie, pewnie ósmy, mój już nasty. Drugi w Irlandii, to na pewno.

Mam nowe biurko. Mam biblioteczkę pełną filmów, książek i gier, i szafkę pod telewizor, gdzie mieszczą się prawie wszystkie konsole. Nie mam telewizora, ale przy 24-calowych monitorach to nie jest aż tak wielki problem.

W domu mamy schody, obok biurka drzwi na podwórko, a z salonu widok na malutkie osiedle na skraju średniego irlandzkiego miasteczka. W pieszym zasięgu szkołę, sklep i kebab. Ba, mają tu nawet nasze ukochane energy drinki. W końcu mam internet, który nie krzyczy i na którego nie krzyczę ja. W końcu nie musimy mieć ich dwóch, żeby nie frustrować się przy pracy—tak dobrego internetu nie widziałam od pięciu lat. Pięciu. Wow.

Do oceanu nadal blisko, może nie aż tak, ale piaszczysta plaża warta jest dołożenia dodatkowego kilometra.

Jeszcze nie wszystko ma swoje miejsce, w kuchni wciąż szukam makaronu albo mąki, w sypialni wciąż leżą torby z ubraniami, za których składanie nie umiem się zabrać, ale już powoli to nasz nowy dom.

A przeprowadzka? Zajęła nam trzy dni i cztery kursy samochodem. Przypadkowe życie minimalistów ma swoje plusy.

Jeśli tekst Ci się spodobał,
kliknij serduszko poniżej.

3

Komentarze (2)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

xpil napisał(a):

Najbardziej to Wam zazdroszczę bliskości oceanu. Przemieszkaliśmy na zachodnim wybrzeżu prawie dwa lata i tęsknie wspominamy tamte czasy.

yzoja napisał(a):

no ja nie byłam gotowa się wyprowadzić gdzieś dalej od wody. rozważaliśmy jeszcze granicę Galway i Mayo, tam takie fajne jeziorka są i góry, ale w końcu znaleźliśmy domek w Clare, więc logistycznie zwyciężyło w przedbiegach ;)