Czytam książkę, której głównym bohaterem jest koleś po pięćdziesiątce, kompozytor muzyki filmowej, który dostał Oscara. Nie lubi się tym chwalić, a jednak czytamy o tym naście razy. Mniejsza z tym, przynajmniej w tej chwili.

Co chwilę czytam o tym, że w sumie mało kto słucha muzyki w filmie. Nie chodzi o piosenki, te które możemy znać z radia, tylko te kawałki skomponowane specjalnie na potrzeby filmu. Naprawdę?

Mam na Deezerze playlistę ukochanych piosenek, na niej mniej niż 100 utworów, w tym 7 takich właśnie utworów ze ścieżek dźwiękowych.

Jestem dziwna? Mam nawet ulubionego kompozytora i nie jest nim ani Danny Elfman, ani Clint Mansell, tylko Edward Shearmur, ha! O patrzcie, o Johnie Williamsie nawet nie pomyślałam.

Książka nazywa się Trucicielka i jeszcze w sumie nie wiem, co o niej myśleć. Nie lubię głównego bohatera i tego jego wywyższania się tym, że „poszedł kiedyś do kina wyłącznie dla muzyki”, przy jednoczesnym udawaniu skromnego. Ble. A historia? Czasem wciąga, ale na pewno nie tak jak Chris Carter.

Jeśli tekst Ci się spodobał,
kliknij serduszko poniżej.

3

Komentarze (11)