Wpis powinien trafić raczej na miniblog, ale jest on teraz tak ukryty, że nikt pewnie nie doczyta. Będą zmiany, chyba całkiem spore. Wpisy „ogólne” idą mi słabo, zdarzają się raz na miesiąc, raczej nie częściej i bądźmy szczerzy – nie czytacie.
Uwielbiam mój nowy telefon i aparat w nim. Pierwsze dni był trudne, nie mogłam ustawić go tak jak chciałam, zdjęcia wyglądały znacznie gorzej niż wykonane Samsungiem, a dziwnie rozmazane tło doprowadzało mnie do szaleństwa – uwierzcie, byłam w stanie oddać ten telefon i kupić inny.
Jest dobrze, cykl ma sens. W ciągu miesiąca dzieje się sporo rzeczy, wpis aktualizowałam na bieżąco od pierwszego dnia i teraz wydaje mi się, że część z tych seriali czy filmów oglądałam już tak dawno temu! Teraz dużo filmów, mniej książek (cały czas czytam FUTU.RE i ostatnią część Mitów Cthulhu w wizji Lumleya), parę seriali.
Nie mam pojęcia jak to jest być przeciętną. Byłam zwykłą dziewczynką może przez kilka miesięcy, chociaż może po prostu tego nie pamiętam. Wyróżnianie się w tłumie to nic trudnego, nie wymaga dużego nakładu pieniędzy i jedyne czego potrzeba to odrobina wyobraźni. Wpis zainspirowany rozmową na Twitterze, znowu.
Chciałabym zacząć od słów „każdy z Was na pewno parę takich książek…”, ale dobrze wiem, że jednak nie każdy, a może nawet nie większość… Więc.
Takie jest moje postanowienie na marzec: w nagrodę za całą intensywną pracę, kupię sobie pióro. Nie jakieś z górnej półki, ale też nie z najniższej. Planuję wydać około stu złotych, co chyba jest wystarczającą kwotą, by móc przypomnieć sobie przyjemność wynikającą z pisania atramentem ze szklanego słoiczka.