Chciałam napisać „rowerzysto…” ale już widzę te tłumy oburzonych ludzi, którzy jeżdżą przepisowo, którzy będą twierdzić, że obrażam ich, wrzucając wszystkich pedałujących do jednego worka. Niech więc będą pseudorowerzyści, jak kibice.
Książkowe wyzwanie to coś na co mam ochotę od początku roku i wreszcie jest okazja. Oczywiście nie ma szans, żebym wyrobiła się w podanym terminie (6 książek, minimum 1500 stron, do przeczytania w tydzień), ale sama idea mi się podoba. Czas więc będzie… jaki będzie. Ale przynajmniej zaplanuję sobie kolejkę najbliższych książek.
Nadrabiam. Opublikuję wpis z wcześniejszą datą i będzie cacy, prawda? Chciałam wziąć udział w tym wyzwaniu, nie przemyślałam tylko tego, że między szóstym a dziewiątym sierpnia kompletnie nie ma mnie przy komputerze.
Kolejny dzień wyzwania, słowem na dziś jest party, czyli coś w sumie nawet trudniejszego niż crazy. Imprezowiczką nie jestem, nigdy nie byłam i już raczej nie zostanę… Ale czasem gdzieś coś się zdarza, co podejść może pod ten temat.
Raz na jakiś czas trzeba trochę wyjść do ludzi, wyjść poza strefę komfortu i pisanie tylko o ukochanych tematach. Czasem trzeba wziąć udział w jakimś wyzwaniu, żeby temat mieć z głowy, tylko pokombinować nad pasującą treścią. Jest to dla mnie zawsze faktycznie Wyzwanie, coś co pobudza moje szare komórki i zmusza je do kreatywnego myślenia.
Trochę mnie ostatnio irytuje internet i ludzie w nim, na Twitterze, na Facebooku czy na blogach, zewsząd lecą fale hejtu, tylko dlatego, że coś nie jest takie jak powinno być według utopijnej wizji, gdzie tylko jedna osoba czy grupa ludzi ma racje i wie jak coś zrobić najlepiej, a nie wie.